poniedziałek, 16 czerwca 2014

[premierowo] Dominik W. Rettinger: Klasa




Książka, ukrywając swą prawdziwą naturę za niepozorną, czarną okładką, leżała na półce. Z objętości wywnioskowałem, jak się później okazało – słusznie – iż autor solidnie przyłożył się, do tego, by zadbać, aby jego historia była solidnie rozbudowana.  Gdy tylko się do niej zbliżyłem instynktownie wyczuwałem smród prochu z pistoletów, palonej gumy z opon policyjnych aut, już słyszałem huki wystrzałów, pianie policyjnego koguta oświetlającego wszystko na niebiesko i widziałem triumfalne miny zwycięskiej strony konfliktu, zawstydzonych zdrajców, bezczelnych złoczyńców, latające wokół ukradzione pieniądze i politykę, która wrze na najwyższych szczeblach. I, jak podejrzewałem, otrzymałem to wszystko, a później jeszcze więcej.

Już po kilku stronach widać, iż to nie jest coś, od czego łatwo się oderwać. Tak jak policjant, który ściga środkiem ulicy notorycznego złodzieja, tak czytelnik leciał razem z prądem, który autor mu narzucił, i który nie pozwala tej historii opuścić. Mimo iż była to długa droga, prędkość z jaką czytelnik  wchłonięty gna przez historię obfitującą w cały ogrom smaczków była, doprawdy, niesamowita. Już dawno nie zdarzyło się, żebym wciągnął się w historię tak bardzo, przeżywał z bohaterami tyle emocji i próbował opanować drżenie rąk podczas niebezpiecznych sytuacji. Stwierdzenie, iż akcja jest z jak najlepszych amerykańskich filmów nie jest przesadzone, przeciwnie, wiele amerykańskich filmów chciałoby wciągnąć widza tak jak ta książka.

Zasadniczą wadą tej powieści są według mnie bohaterowie. Nawet nie tyle, że byli źli, bo  ich kreacje są pełne i skończone, problem w tym, że niektórzy z nich byli, najzwyczajniej w świecie, niewiarygodni. I nie, nie chodzi mi o to, że spodziewałem się po nich zdrady (choć i takich autor zdecydowanie nie poskąpił!) ale (i tu w szczególności chodzi mi o najbardziej irytującego bohatera książki, czyli Rafała) niektórzy z nich zostali wykreowani zbyt dokładnie by w nich uwierzyć. To już nie jest stworzenie bohatera ale próba nadania mu jeszcze większej realności, i to chyba nie wyszło… co nie znaczy, że ten aspekt w ogólnym rozrachunku jest zły, bo nawet jeśli polubiłem tylko kilku bohaterów (większość miałem ochotę zastrzelić samodzielnie!) to i tak zarówno ich charakter jak i dialogi, stoją na bardzo wysokim poziomie.

Elementem, który mnie zawiódł, ale którego nie skreślam w nadziei, iż powstanie tom drugi, była tytułowa klasa.  Czymże owa klasa jest (a raczej: jakie ona ma znaczenie w całej historii) dowiadujemy się dopiero pod koniec, i jest to z jednej strony dobrze, bo to w końcu jedna z tych zagadek tej książki, z drugiej jednak jest to element warty trochę większej uwagi, i bardzo żałuję, że autor nie poświęcił temu więcej miejsca. Uprzedzam, iż nie jest to w literaturze sensacyjnej nic nowatorskiego, co ani an chwilę nie przeszkadzało mi cieszyć (ewentualnie: smucić się lub złościć się) wraz z bohaterami, gdy owo zakończenie ujrzało światło dzienne. Ma to naprawdę spory potencjał i mam nadzieję, że uda mi się spotkać z bohaterami klasy jeszcze raz…

Prawdę powiedziawszy, spodziewałem się po tej powieści czegoś w stylu spolszczonego Cobena, jednak dostałem o wiele więcej. ‘’Klasa’’ to na pewno powieść odrobinę cięższa od najpopularniejszych książek ostatnich lat tego gatunku, głównie z uwagi na całkiem spore, choć doskonale skonstruowane, zawiązanie akcji oraz całe mrowie bohaterów, którzy przewijają się w krótkich odstępach. Podchodziłem do niej nieufnie, ale już po kilku akapitach widać, iż niesłuszna była moja nieufność. Naprawdę porywająca powieść, cóż więcej mogę powiedzieć. Polecam wszystkim, którzy liczą na inteligentną rozrywkę i ostrą jazdę bez trzymanki.

Tytuł: Klasa
Autor: Dominik W. Rettinger
Okładka: miękka
Stron: 600
Część: -
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 8/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Otwarte



poniedziałek, 9 czerwca 2014

Mitch Albom: Jeszcze jeden dzień





Mitch Albom to autor (przyznam, nie skojarzyłem jego wcześniejszych książek, a okładka wyglądała bardzo niemęsko, toteż wziąłem go za autorkę), który, choć bardzo popularny, wymyka się wszechobecnej sławie. Po prostu wchodzi i wszyscy go czytają. To można prawdopodobnie wytłumaczyć faktem, że to co tworzy zachowuje lekkość i przystępność nie popadając w banał. Jest odrobinę uniwersalny i to zazwyczaj jest u pisarzy wadą, bowiem jeśli coś jest dla wszystkich, jest dla nikogo, jednak autorowi udało się stworzyć coś dla większości. To nie lada sztuka, by jednocześnie wprawić czytelnika w półsenny stan zrelaksowania jednocześnie trzymając go odrobinę w napięciu, skłaniając do przemyśleń i zastanowieniem nad własnym życiem.

Obawiałem się tej książki, gdyż za damskimi czytadłami, co nie dziwne, nie przepadam. Ale lubię ryzyko, które wielokrotnie się opłaciło. Tak stało się i tym razem. Już wiem, że ta powieść na pewno nie będzie ostatnią jaką przeczytam autorstwa Mitcha Alboma. I nie dajcie się zmylić okładce, bo jej sugestia, że ta książka to damskie czytadło jest dosyć myląca. Książka co prawda nie tyle skupia się co stara odzwierciedlić uczucia, ale w ogólnym rozrachunku nie wygląda to ani ckliwie, ani przesadnie wzruszająco, choć przyznam szczerze zakończenie mnie zaskoczyło na tyle, bym popłakał się wewnętrznie (i tylko tak!)

Na uwagę zasługują bohaterowie. Prawdę powiedziawszy, mam dylemat, bowiem nie powinni mi się podobać – są zwyczajni, tacy, jakich moglibyśmy spotkać każdego dnia na ulicy. Nie podobają mi się takie kreacje, bowiem po cóż miałbym czytać o ludziach, których widzę codziennie? Ale mi się podobali. Ich realność jest przedstawiona w sposób bardzo nienachlany, przez co nie ma się poczucia, że autor na siłę starał się ich wpisać w ramy ‘’zwykłych ludzi’’. Po prostu są, a ich neutralność i realność jest ich największą zaletą, bowiem budują piękno tej powieści.

Powieść w swojej konstrukcji wykorzystuje jeden z motywów z książki, która niedługo będzie miała swoją ekranizację. Nie powiem o jaki motyw chodzi ani z jakiej książki pochodzi, bo zakrawałoby to o spoiler, poza tym autor tak zgrabnie wplątał go w fabułę, tak umiejętnie zatracił czytelnika w swojej rzeczywistości, że fakt iż pomysł jest zerżnięty schodzi na drugi plan. Nie jest on ukryty, ale nie musi być, gdyż został wkomponowany w książkę w sposób tak płynny, że nie wydaje się częścią intrygi która miała wciągnąć czytelnika ale elementem tła, który miał tę powieść pogłębić i rozbudować. Imponujące.

W największym stopniu zawiodłem się na sposobie pisania autora. To samo co tu otrzymywałem już w wielu książkach, i tak jak w innych tak i tu bez skrupułów i z pełną świadomością mych słów nazywam to banałem. Autor niewątpliwie umie pisać, problem w tym, że wydaje się, iż nie poświęcił ani chwili refleksji nad tym w jaki sposób to jest napisane. Wszystko jest spójne, ale w porównaniu z pięknem jakie prezentuje ta historia styl którym nie pogardziłby utalentowany gimnazjalista to naprawdę porażka. Nie twierdzę, że wszystkie książki muszą być napisane z elokwencją Eco i finezją Zafóna, ale byłoby miło, gdyby chociaż odstawało to trochę od banalnych młodzieżówek.

To opowieść dla dwóch osób. Dla matki i dziecka. Każdy zobaczy w niej coś innego, może siebie z innej perspektywy, takiej, której nie spodziewał się ujrzeć, lub której istnienie było zbytnio niepokojące by o niej myśleć. To ważna książka, która pozwoli docenić codzienność. Jeśli popatrzymy na nią z perspektywy historii obyczajowej jest to podejrzewam jeden ciekawszych pomysłów, na który na pewno warto zwrócić uwagę. Pięknych książek nigdy dość.

Tytuł: Jeszcze jeden dzień
Autor: Mitch Albom
Część: -
Okładka:  miękka
Stron: 217
Wydawnictwo: Znak
Ocena: 7/10

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...