piątek, 30 maja 2014

Brandon Sanderson: Droga królów




Obawiałem się trochę tej książki, bo cudowności o niej brzmią wszędzie wokół, a pochwał nie ma końca – wszyscy wiemy jak może się to skończyć. Poza tym ta objętość! Ale cóż… nie jest to drugi Steven Erikson, nie zostanie następcą George’a R. R. Martina, nie jest podobny do Dana Simmonsa, nie przypomina Brenta Weeksa, nie jest przeznaczony tylko dla fanów Patricka Rothfussa, nie jest na dobrej drodze by zostać nowym Sapkowskim, nie jest jak Robin Hobb, nie kroczy drogą Tolkiena, nie prosi się o porównania do Ursuli K. LeGuin, nie stanie się nowym Clivem S. Lewisem, ani Nortonem, ani Kayem…  nie jest kolejnym Cookiem.
Jest Brandonem Sandersonem.
I jest zajebisty.

Gdy po kilku minutach czytania kończysz kilka pierwszych rozdziałów, względnie ciekawych, potencjalnie interesujących i dających nadzieję na coś dobrego i uświadamiasz sobie, że ni stąd ni zowąd minął tydzień a Ty skończyłeś książkę nie wiedząc kiedy, wiesz, że nie było to coś przeciętnego. To jakby zasnąć i po chwili drzemki uświadomić sobie, że pośród sennych marzeń spędziliśmy cały tydzień. Zniknąłem na czas czytania tej książki. Jest tak niepozorna, przyjemna i wciągająca, a jednocześnie tak emocjonująca… mówi się, że książki to złodzieje czasu. Cóż, jeśli miałbym porównać do czegoś ‘’Drogę królów’’ to jedynie do złodziejskiego gangu który na oczach tłumu widzów pozostawia półki puste i mętlik w głowie. Powiedzieć, że ta książka jest wciągająca to trochę za mało. Ona porywa. I nie ma litości. Więzi czytelnika i torturuje go wspaniałością.

Cykl zaplanowany na dziesięć tomów to bardzo ambitne zadanie, ale po tym co przeczytałem nie mam wątpliwości, że autorowi nie sprawi to większych problemów. Powieść ta jest jak potężny prolog, po którym wiemy, że mimo jego wspaniałości i tak możemy dostać jeszcze coś więcej, i jeszcze coś lepszego, i jednocześnie nie czujemy niedosytu, bo to co dostajemy i tak jest poza wszelką granicą niesamowitości. To naprawdę imponujące jak coś może być tak… proste,  a jednocześnie niebanalne, oraz tak oryginalne, i jednocześnie nie przekombinowane. Ta książka pokazała kto będzie liczył się w najbliższych latach jako król fantastyki i myślę, że przy odrobinie szczęścia Martin może zacząć bać się o swoją popularność. Zwłaszcza gdy za ten materiał weźmie się ktoś ambitny, bo jest nad czym pracować…

System magii to coś, czego obawiałem się najbardziej, i coś na początku wywołało delikatną dezorientację, ale naprawdę niewielką, bo autor szybko ukazał podstawowe zasady jakie rządzą tym światem a dalej podrzucał czytelnikom jedynie malutkie smakowitości i (nie) dopowiedzenia, by owy świat pogłębić i uwiarygodnić. Całość poraża. Autor wprowadził tyle własnych zasad, tyle modyfikacji i pomysłów, że zachwytów nad pomysłowością i pracowitością autora naprawdę końca nie było. Na szczególną uwagę zasługują spreny – byty, które są jakby odzwierciedleniem natury danej rzeczy. Jej uzewnętrznieniem. Są ogniospreny, życiospreny, wiatrospreny… mam nadzieję (uzasadnioną), że autor poświęci im jeszcze trochę uwagi. Chociaż wspaniałych elementów tam jest tyle, że na czymkolwiek by się skupił, ja i tak będę zachwycony. Ta książka posiada mnie na własność.

Zaskakujące to jak autor przemyślanie rozbudował tło swojej historii. Nie wgłębiając się w szczegóły powiem tylko tyle, że aby wiarygodnie zbudować tło powieści wykorzystując do tego jedną (nie) naturalną  z cech jednego z bohaterów przy czym jednocześnie skupić się na tym by dana postać nie straciła ani nie stała się kimś, kim być zauważalnie nie miała, to prawdziwa sztuka. Delinar, bo to o nim mowa, doznaje naturalnej i pięknej a jednak nadal bardzo wiarygodnej i fantastycznej metamorfozy. W ogóle światem wykreowanym przez autora rządzi przemiana – to na tym skupia się dosłownie wszystko, to jest podstawą. Całość wciąga czytelnika tak bardzo, bo to jak autor operuje przemianami jest po prostu zachwycające.

Delinar jest tylko jednym z bohaterów. Najbardziej wyeksploatowaną liczbą w tej książce jest dziesiątka i prawdopodobnie tylu spotkamy znaczących postaci. Z tego co wyczytałem w każdym tomie autor skupi się na jednej z nich, co jest pomysłem z jednej strony świetnym, bo nie spowoduje to chaosu który powstałby, gdyby każdy bohater próbowałby wyjść na przód, ale jednocześnie co stanie się, gdy nadejdzie czas skupić się na bohaterze, którego czytelnik nie lubi? Ta książka skupiała się na Kaladinie, i jego historia, mimo iż trąci odrobinę banałem, została tak sformułowana, że stwierdziłem, iż jest to jeden z moich ulubionych bohaterów literackich w ogóle. Jednak są tacy, których najchętniej utopiłbym w łyżce wody… ale, po tym co przeczytałem, ufam autorowi i wiem, że mnie nie zawiedzie.

Zachwycająca. Cudowna. Wspaniała. To na pewno jedna z lepszych książek jakie czytałem w życiu. Pochłonęła mnie całkowicie. Jej symbolika, historia, fabuła, bohaterowie… każdy element jest lepszy od poprzedniego, a tych elementów jest całe mrowie, i należy spodziewać się ich jeszcze więcej. Tyle smaczków autor tam wplótł! Z samych teorii na temat tej książki można stworzyć odrębną powieść… cudo. CUDO! I to wydanie! Okładka to jeszcze nic, nawet jeśli ma złocenia. To w środku książka zaskakuje. Ona ma kolorowe mapki! Wspaniałości! I tyle pięknych ilustracji, których wspaniałość wyraża się w tym, że jako jedne z niewielu nie sugerują czytelnikowi wyglądu najpiękniejszych scen (a tych pięknych jest mnóstwo) ale raczej pomagają objąć ogrom tego świata. Zabijcie mnie, a i tak kiedyś przeczytam tę książkę jeszcze raz.

Tytuł: Droga królów
Autor: Brandon Sanderson
Część: I
Stron: 960
Okładka: miękka
Wydawnictwo: MAG
Ocena: 9,5/10
 

sobota, 24 maja 2014

Serwat Chadda: Pocałunek anioła ciemności


Okładka książki jest bardzo ładna. Dziewczyna z mieczem, w oddali chłopak. Tytuł napisany czerwonymi literami i ten opis z tylu książki, zachęcający do przeczytania.. Tytuł sam w sobie zawiera wszystko. Romans, grozę, nie spełnioną miłość i co najważniejsze romans z wrogiem. Okładka i tytuł ukazują książkę w genialnym świetle, aż chce się czytać. Niestety to tylko pozory.
 Książka ukazuje zakon templariuszy. Młodą dziewczynę, która musi przejść próbę, aby dołączyć do zakonu i stać się członkiem rycerstwa ratującego ludzkość przed światem nienaturalnym. Ich zadaniem jest zabijanie ,,potworów”. Kiedyś byli ludźmi za nim nie sprzedali swojej duszy za dobra materialne i piękność. Teraz są potworami, które pija krew aby żyć. Zadaniem templariuszy jest ich unicestwienie.
 Ojciec Billi i mistrz zakonu zarazem, przekłada wszystko dla dobra zakonu. Nawet poświęca córkę i jej oponie w szkole. Krzywdzi ja swoim zachowaniem i brakiem uczuć dla dziewczyny. Zmusza do ćwiczenia walki i nauki o historii templariuszy. Nie ukazuje, że ją kocha i nie docenia jej. Traktuje jak obcego człowieka. A wszystko to się dzieje ,,dla większego dobra”. Ale czy to wszystko jest tego warte? Ludzie tak rzadko okazują sobie uczucia, bo to nie wypada, bo się nie chce, bo przecież druga osoba wie, ze ja kocham, a nie wystarczy, że ras usłyszała to piękne słowo ,,Kocham Ciebie” ? Może powinna stać się taka sama sytuacja jak w książce, aby ludzie zrozumieli, ze miłość jest na pierwszym miejscu i należy o niej otwarcie mówić. Oczywiście tam na pierwszym miejscu była wiara, a potem dopiero miłość. Rodzice powinni częściej mówić, że kochają swoje dzieci, chłopacy dla swoich dziewczyn i na odwrót. Bo to tak nie wiele kosztuje? Dla niektórych ludzi to dużo kosztuje, ale cena jest tego warta, aby zobaczyć uśmiech na czyjejś twarzy. Jeśli po przeczytaniu do końca stwierdzicie, że książka was nie wciągnie, to proszę was powiedzie swojej najukochańszej osobie, że ją kochacie i zobaczcie jej reakcje. Nie przeradzajcie się ...
Pocałunek anioła ciemności jest to książka interesująca i wciągająca. Napisana jest w oryginalnym stylu. Sposób wizualny każdego rozdziału jest ładny i elegancki.
Najbardziej spodobały mi się fragmenty w których było słowo, a do niego wyjaśnienie. Czytając ten fragment można było poczuć emocje, jakie bohater wyrażał. Od razu rzucający się w oczy, bardzo charakterystyczny i mocno przenikający do pamięci.
Historia templariuszy jest bardzo interesująca i nie do końca poznana. Kryje w sobie dużo zagadek i niedomówień, dlatego książki maja swój ,,smaczek”. Niestety w książce tajemnice templariuszy były bardzo ubogie, choć było kilka zagadek i wyjaśnień. W których można było poznać trochę historii i opowieści Biblijnych, to niestety było tego za mało. Czuje się płomień chęci poznania tajemnicy templariuszy, ale niestety trzeba sięgnąć po inną książkę. Akcja jaka działa się ... Była zwykła opowieścią bez emocji. Za mało emocji, wartkiej akcji, choć rozlewu krwi nie brakowało. Walka była mizerna. Muszę przyznać, że końcówka była całkiem dobra, no i tyle. Finał jaki się rozegrał powinien nie dać czytelnikowi chwili spokoju i wytchnienia. Ta walka na śmierć i życie. Los milionów jednych rekach, a tu co? No właśnie nic. Pobiegała z mieczem i tyle. Fajerwerki i koniec. Gdzie emocjonująca walka? Niestety jestem zawiedziona.
Miął być romans. No właśnie miał być, bo tak jakbym nie zauważyła. Jeden pocałunek i koniec? I do końca, w ostatnim najważniejszym momencie padło słowo ,,przyjaciel”. To ja chyba nie rozumiem romans z przyjacielem? Coś dziwnego, a ni jednego słowa, ze go kocha. Trochę dziwna książka, choć nie żałuje, że ją przeczytałam. Taka spokojna lektura w okresie burzliwej nauki pomaga się uspokoić.
 Muszę przyznać ostanie strony są bardzo emocjonujące.
Książka nie zachwyca za bardzo, ale ma w sobie przesłanie, które jest cenniejsze niż opowieść o wymyślonej historii.

Autor: Serwat Chadda
Tytuł: Pocałunek anioła ciemności
Wydawnictwo: Nasza księgarnia 
Stron: 316

Ocena 5\10

środa, 21 maja 2014

Susan Ee: Angelfall




I znowu dałem się nabrać…
Ileż wspaniałości o tej książce usłyszałem, to choćbym ślęczał nad tym wiekami, nie zliczyłbym.  Dosłownie WSZYSCY i WSZĘDZIE  rzucali pochwałami na prawo i lewo, opisując tę książkę jako dzieło wybitne, w natężeniu tak wielkim, iż można odnieść wrażenie, że będzie to następca Harry’ego Pottera i Igrzysk śmierci. Cieszę się, że nauczony przez doświadczenia z innymi młodzieżówkami nie zaufałem im, bowiem wówczas zawiódłbym się jeszcze bardziej niż teraz. Nie powiem, była to prawdopodobnie jedna z ciekawszych książek o aniołach jakie czytałem (nie dorasta to do pięt ‘’Żarnom niebios’’ Kossakowskiej, jednak bije na głowę i wciąga nosem ‘’Szeptem’’ Fitzpatrick) niestety potencjał jaki miała ta powieść (a był on całkiem spory) został zaprzepaszczony poprzez niedopracowanie pewnych elementów i… cóż, prawdopodobnie brak doświadczenia.

Podczas czytania przez niemal cały czas miałem wrażenie, że cała powieść dosłownie chwieje się w posadach – autorka balansuje na granicy tandety z ładunkiem pełnym chaosu, ale za granicę nie wychodzi, a chaosu dostarcza tylko trochę. Gdyby ta książka została napisana jeszcze raz – uwzględniając bohaterów jako ludzi a nie przedmioty – byłbym nastawiony do nie dużo bardziej pozytywnie. Tak jak wiele krótkich książek, tak i ta, byłaby dużo lepsza, gdyby autorka zamiast bezproduktywnie rzucać bohaterką po świecie poświęciła jej odrobinę uwagi. W ogóle bohaterowie zostali potraktowani tu bardzo po macoszemu i największą wadą wydaje mi się ich powierzchowność. Nie są głupi ani nielogiczni, po prostu są płascy. Niedopracowani.

A Penryn i Raffe (czy tylko ja uważam, że on ma imię jak dla psa?) w szczególności. O ile matka po prostu przewijała się przez powieść chwilami, i jej wariactwo może uchodzić na wiarygodne (chociaż także dosyć płytkie) o tyle główni bohaterowie to już cienizna. Penryn przy Belli Swan wygląda, fakt, niezgorzej, ale w ogólnym rozrachunku mogłaby być jej starszą siostrą. Autorka cały czas stara się czytelnikowi udowodnić, że Penryn nie jest taka jak inne bohaterki, ale fakt, że bohaterka umie walczyć nie wystarczy, a przekonywanie czytelnika, że to dziewczę jest samodzielne w ogóle spełzło na niczym, bo jak na inteligentną wojowniczkę jest zaskakująco bezmyślna. Raffe natomiast to anioł, którego od typowych przystojniaków odróżnia chyba tylko pierzasty element na plecach…

Kolejnym nieprzemyślanym elementem była konstrukcja fabuły. A raczej jej nierówność. To wyglądało tak, jakby brakowało w książce kilku elementów – główny wątek został skonstruowany sprawnie (i nawet jeśli czasem puzzle były z innego pudełka całość, choć kulawa, miała ręce i nogi) a resztę autorka próbowała łatać otoczeniem, cały czas miałem wrażenie, że brakuje mi tam jakiejś ramy i widzę kilka luk. Nie umiałem się w to wciągnąć, bo jedynym elementem który trzymał mnie przy powieści był wątek siostry głównej bohaterki, którą ta miała ratować i brzmi to tak samo banalnie jak jest w rzeczywistości, a w dodatku, co częste u debiutantów – raz powieść gna zbyt szybko (tak, to jest możliwe!) a raz zbyt wolno nudząc czytelnika okrutnie.

Pośród tego tłumu pochwał jaki pojawił się wokół tej książki najbardziej wybija się element anielski, a raczej – jego niesamowita, bezmierna i absolutna oryginalność. Miało to polegać na tym, że autorka z naszych stróżów zrobiła naszych oprawców. Z przykrością stwierdzam, że wyszło to dosyć żałośnie, czego efekty widać już na samym początku – anioł ze skrzydłami w paski nie wygląda szczególnie groźnie ani poważnie. Najgorsze było jednak zakończenie, które aż porażało absurdem. Tego, fakt, nie spodziewałem się, ale zaskoczyło mnie to raczej negatywnie. Nie umiałem wciągnąć się w tę płaską, płytką i naiwną książkę. Nie polecam.

Tytuł: Angelfall
Autor: Susan Ee
Część: I
Stron: 308
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Filia
Ocena: 4/10
 

niedziela, 18 maja 2014

George R. R. Martin: Uczta dla wron. Cienie śmierci


Nie istnieje taka seria, która w swojej mnogości tomów nie miałaby takiego, który byłby słabszy, nudniejszy, który będzie starał się nie zobrazować kolejne fabularne potyczki ale naprawić chwiejące się tło. Tym był trzeci tom serii Gone, tym samym był czwarty tom serii Jutro i tym jest początek czwartego tomu Pieśli lodu i ognia. Z tego co słyszałem o tej książce wynikało, że należy ją przeczytać i migiem lecieć do następnej, bo refleksji tu niewiele, i nie jest ona nawet bliska poprzednim tomom i ja śmiem się z tym nie zgodzić. Przy czytaniu poprzedniego tomu wiedziałem, że po TAKICH wydarzeniach, jakie tam autor zaserwował czytelnikom wszystko –choćby było dobre – i tak zostanie ocenione bardziej negatywnie niż na to zasługuje, bo odległość jest zbyt wielka, i tak się niestety stało. Ale nie w moim przypadku.

Pod względem mózgów na ścianie, krwawiących z rozpaczy serc po stracie ulubionych bohaterów, szczęk strzaskanych na drobne kawałeczki po solidnym uderzeniu w ziemię i opętańczych bluzgów wylewanych na autora za jego geniusz i okrucieństwo – fakt, szału nie było. To chyba najspokojniejsza część tej sagi, choć nie obyło się bez momentów, które siały niepewność, wzbudzały ciekawość i przy których głosy w głowie krzyczały ‘’Martin, Ty draniu, jeszcze jeden taki numer i…’’. Jak wspomniałem wcześniej – książka ta ma na celu raczej podbudowanie tła, rozpoczęcie kilku nowych wątków i domysłów oraz poruszenie tematów, których poprzednie książki unikały, ale w ogólnym rozrachunku wyszło całkiem nieźle.

Jedyne co mi się w tym tomie bardzo nie podobało, to proporcje, jakie dzielą ten tom od poprzednich. Tam autor łączył wątki, które budują tło z takimi, które rozwalają czytelnika, tutaj autor musiał upchnąć wszystko, czego nie udało się wcześniej, i zamiast to trochę ujednolicić, po prostu trzasnął Zbiór Tematów Nieporuszonych. Największym z nich jest wątek żelaznych ludzi, którzy pod względem poprzednich tomów mają tu zaskakująco dużo miejsca. To można było rozdzielić między książki, ale Martin tego nie zrobił, a szkoda. Poza tym pierwsze skrzypce w powieści gra Cersei, która tworzy sobą doskonały obraz kobiety, która wzgardzana przez swoją płeć za wszelką cenę stara się dojść do władzy, nawet za cenę swojego własnego umysłu.

Największym dowodem na to, iż to raczej dodatek do sagi, jest pominięcie bohaterów głównych a skupienie się na tych drugoplanowych. Nie jest to takie jednolite, bo jest tu bardzo dużo wspomnianej wyżej Cercei, oraz wiele miejsca autor poświęcił Aryi (nawet jeśli nie robi ona nic szczególnie interesującego), ale znaczną część wypełniają ludzie, którzy w poprzednich tomach wypełzali na karty tylko mimochodem. Odrobinę bolał mnie fakt, że autor zupełnie zrezygnował z Daenerys, Tyriona i kilku innych bohaterów (tu mam na myśli zakończenie ‘’Nawałnicy mieczy’’, które to było masakryczne, a o którym nie było tu ani słowa), ale mam szczerą nadzieję, że w tomie kolejnym powróci do, że tak powiem, normalnej jazdy bez trzymanki. Tu także nie obyło się bez okrucieństwa, bo autor zabił jednego z bohaterów nawet nie informując o tym czytelnika, który musiał dowiadywać się wszystkiego od jakichś zapchlonych lwów, ale cóż, przyzwyczaiłem się, że okrucieństwo tego brodacza nie zna granic.

Oprócz chęci podreperowania trochę świata Westeros największą cechą tej powieści jest fakt, że skupia się ona aż w tak wielkim stopniu na kobietach. I to nie na ich urodzie, ale na ich psychice. W książce znajduje się dosłownie kilka rozdziałów o facetach, a główną rolę, oprócz wymienionych już Cercei i Aryi grają Brienne, Asha, Sansa, Myrcella i Margaery, nawet jeśli we własnej osobie pojawiają się rzadko, oraz Arianne ze swoimi siostrami, które pokazują nam piękno i tajemnice Dorne. Na szczęście charaktery tych kobiet ratują tę książkę. Modlę się, by to autorowi wystarczyło, bo aż skręca mnie w środku by poznać tajemnicę z poprzedniego tomu.

Tytuł: Uczta dla wron. Cienie śmierci
Autor: George R. R. Martin
Część: IV part I
Stron: 509
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Ocena: 6,5/10

piątek, 16 maja 2014

Vandermeer... inspiruje!



5 maja pojawił się w sieci nowy mixtape autorstwa Kixnare. Mixtape inspirowany książką to coś, czego na polskim rynku muzycznym jeszcze nie było. Kixnare podąża drogą współczesnej elektroniki a najnowsza selekcja, inspirowana niedawno wydanym „Unicestwieniem” - pierwszym tomem trylogii Jeffa VanderMeera podnosi poprzeczkę jego umiejętności.

Playlista dostępna jest do odsłuchu pod adresem: https://soundcloud.com/kixnare/music-inspired-by-book oraz na profilu facebook Kixnare: https://www.facebook.com/kixnare/posts/731744356875591.

W zestawie znajdziecie Państwo jeden utwór autorstwa Kixnare, poza tym można trafić na artystów tak różnych, jak The Flaming Lips i Tangerine Dream. Znalazło się też miejsce na inny polski akcent – Hatti Vatti. Są tam 6th Borrough Project i Actress, a także Mark E w remiksie Quiet Village, projektu Matta Edwardsa znanego też jako Radio Slave. W połączeniu z treścią pierwszej części trylogii „Southern Reach” Jeffa VanderMeera i ilustracjami Patryka Mogilnickiego mixtape ma szansę zrobić naprawdę dobre wrażenie. Zachęcamy do odsłuchu.


Polecamy!

środa, 14 maja 2014

Michael Ende: Nie kończąca się historia


Czytanie książek powszechnie uznanych za stare ma jedną, niepodważalną, i dla mnie jedną z największych zalet – można w nich zobaczyć podstawy tego, co mamy obecnie. Dzieje się to zwłaszcza w przypadku książek przez wszystkich uznanych za klasyki – te powieści, które inspirowały, i inspirują, całe rzesze pisarzy. Tak było przy czytaniu Poego, tak było przy czytaniu Bułhakova, tak jest i teraz – widać, iż mimo tego, że książka została wydana w roku 1979, czyli stosunkowo niedawno, już znalazła sobie wyznawców. Nie ma tu znaczenia, że jest to literatura dla dzieci, bowiem idee, nawet jeśli początkowo są skierowane do konkretnej grupy odbiorców, i tak można wykorzystać na własny sposób, co zrobił, na przykład George R. R. Martin. Ale to już inna historia i opowiemy ją innym razem…

Pierwsza połowa książki to cudowna baśń o pokonywaniu własnych słabości i odkrywaniu własnego przeznaczenia, ubrana w prześliczne, wyjątkowe i zapierające dech w piersiach baśniowe motywy, które nawet we mnie, człowiekowi który wiek dziecięcy ma już dawno za sobą, sprawiło ogromną radość, wywołało łzy wzruszenia i niepohamowane okrzyki radości. Historia Atreju, mimo iż naciągana, infantylna, przesłodzona wciąga tak szybko i niepostrzeżenie, iż ma się wrażenie, że książka gna na łeb i szyję, podczas gdy tak naprawdę nie dzieje się w niej niemal nic – ukazanie banalnego poszukiwania w sposób tak cudowny jest wielką sztuką, ale o tym opowiemy innym razem…

Bo później nadchodzi druga połowa książki. Na początku, gdy tylko nastała, stwierdziłem, i będę trzymał się swojego zdania, że to nie powinno być wydawane w jednym tomie. Główną część, zasadniczą, podstawę, powinna stanowić część pierwsza. Niestety, nic nie mogę w tym aspekcie zdziałać. Rzeczą koszmarną i piękną jednocześnie w drugiej połowie książki jest fakt, że autor zupełnie popuścił wodze swojej potężnej wyobraźni, i zapominając o jakiejkolwiek fabule maluje czytelnikowi obraz wytworów swojego mózgu. To może i ładnie wygląda, ale czytanie tego to prawdziwa męka. Żadnych ram, żadnych ograniczeń, tylko dwieście stron kolorowego, ślicznego, oryginalnego bezsensu, którego naprawdę niemal nie da się czytać. Potem jest już lepiej a zakończenie jest bardzo dobre, ale dotarcie to niego, to już inna historia, i opowiemy ją innym razem…

Mimo wszystko – jako książka dla dzieci, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z literaturą, jest to powieść od początku do końca, od pierwszego do ostatniego zdania – doskonała. Nie uczy tylko jak traktować książki, ale także jak je czytać, jest jakby bramą do poznania literatury, pokazuje, że należy szanować wyobraźnię innych, bo takich wspaniałości nie spotka się na co dzień. To jak poradnik młodego czytelnika. Przez tę książkę chciałbym nabluzgać wszystkim dorosłym za to, że nie dali mi jej gdy miałem osiem lat, bo ta książka – zarówno jej forma jak i treść – buduje do literatury wielki szacunek, poza tym autorowi udało się zrobić to, co przedtem udało się naprawdę niewielu – dosłownie wciągnąć czytelnika do swojej wyobraźni, ale o tym opowiemy innym razem…

Mimo iż jest to książka dla osób, że tak powiem, tych malutkich, język jakim jest napisana zrobił na mnie ogromne wrażenie. No błagam! Przecież to doskonałe połączenie łatwo przyswajalnej prostoty, którą zrozumieją nawet najmłodsi, ze śliczną elokwencją, jaka rozbuduje ich słownictwo. Ta książka jest napisana lepiej niż większość książek dla młodzieży jakie dotychczas czytałem, a zdawałoby się przecież, że to powieści tworzone dla osób nie tyle dorosłych, co starszych i bardziej wymagających. To naprawdę tworzy kontrast, bo jeśli widzi się książkę dla nastolatków, która jest napisana prościej niż książka dla dzieci, a mimo wszystko ich to zupełnie nie rusza, to w jakiej sytuacji ich to stawia? I jakie należy z tego wyciągnąć wnioski? I już abstrahując od tej walki z wiatrakami – tę książkę powinien przeczytać absolutnie każdy, w każdym wieku, kto najzwyczajniej w świecie uwielbia fantastykę. To jest przykład jednej z tych najlepszych.

Tytuł: Nie kończąca się historia
Autor: Michael Ende
Część: -
Okładka: twarda
Stron: 632
Wydawnictwo: Znak
Ocena: 8/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...