poniedziałek, 24 lutego 2014

Maggie Stiefvater: Król Kruków



O Maggie Stiefvater po praz pierwszy usłyszałem, gdy rynek książki wojowała jej paranormalna Trylogia z Mercy Falls. Jako że ‘’Zmierzch’’ mi się nie podobał nic mnie do niej nie kusiło. ‘’Król kruków’’ kusił mnie od początku, jednak pamiętając o tym, iż autorka dotychczas leciała na paranormalach wolałem wstrzymać się z przeczytaniem aż będę pewny, iż kolejnej miernoty w stylu Edzia tu nie spotkam. Martwiło mnie  także nawiązanie do Poego, bowiem jeśli występują kruki, mroczne tajemnice i magia, to jest duże prawdopodobieństwo, że jest też Poe. Ale nie było, i dziękować autorce, bo i bez tego stworzyła całkiem zgrabną historię.

Jak się okazało, oczekiwanie na opinie było zbędne, bo o ile wątek romansowy rzeczywiście się pojawił i odcisnął na fabule swoje szkaradne łapska, to biorąc pod uwagę całokształt, nie wydaje się on aż tak szkaradny jak w wielu innych powieściach. Co prawda nadal jest to połączenie dosyć tandetne, bo główne role w tej farsie grają szara myszka z przedmieścia, biedny chłopak z przerostem dumy i magnetyczny, przystojny, opakowany w przeznaczenie chłopak o dziwnym imieniu, ale schematyczność i tandeta jaką reprezentuje sobą ich relacja zostaje zepchnięta do roli tła, które co prawda widać, ale gdy się przymknie oko na wzdychania i rozważania o urodzie a skupi się na fabule właściwej można bez problemów zacząć cieszyć się książką, a jest czym!

Powieść porusza nieznane mi dotychczas legendy pochodzące z Wielkiej Brytanii (niestety nie jest wyjaśnione, czy z Walii czy z Anglii) opowiadające o królu kruków, czyli tajemniczym Owenie Glendowerze. Baśniowość legendy, połączona z tajemniczymi liniami mocy przechodzącymi przez małą mieścinę w jakiej znajdują się bohaterowie, moce wróżbiarskie Blue i jej rodziny oraz niesamowite, magiczne miejsca jakie odkrywają bohaterowie tworzą mieszankę, która nie raz zapiera dech w piersiach. Okrucieństwo autorki jednak na tym się nie kończy, bo do skupiska wyżej wymienionych, zachwycających elementów, dołożyła tajemnice bohaterów – bowiem większość z nich wygląda, jakby miała sporo do ukrycia.

Zbyt prosto! – te słowa rzuciły mi się na myśl o sposobie pisania autorki. Niestety o ile legendy wykorzystała do cna, o tyle sposób w jaki je opisała pozostawiał trochę do życzenia. Łacina, która na tle innych książek młodzieżowych, tu występowała często i gęsto trochę ratuje sytuację, bowiem osobiście uwielbiam ten język (każde słowo brzmi po łacinie jak magiczne zaklęcie) ale jak to na powieść lekką, łatwą i przyjemną przystało, nie stawia ona przed czytelnikiem  żadnego wyzwania w kwestii zrozumienia tekstu. Nie jest to co prawda jakaś okrutna i rażąca grafomania, ale mam wrażenie, że stać tę kobiecinę na więcej. Nie łudzę się, że w następnych tomach coś się zmieni, ale cóż… nadzieje zawsze mieć można.

Na koniec warto zwrócić uwagę na sposób wydania. Okładka powala prostotą i niesamowitością. Ten kruczek, niby malowany, jest tak wspaniały, że chciałbym to to na ścianie powiesić! Z drugiej strony, okropnie zawiedzony byłem wyglądem tekstu. Czcionka jest ciut większa od tradycyjnej, a potężna interlinia rozwala wersy po całej stronie. Ogółem książka mogłaby być pewnie o jedną trzecią krótsza a co za tym idzie odrobinę tańsza, ale niestety dostaliśmy napompowaną powietrzem cegiełkę. Ogółem książka, jako lekkie i interesujące czytadło sprawdzi się doskonale. Jest wciągająca, lekka i ma wielu ciekawie wykreowanych bohaterów (najlepszy jest chyba Noah, którego w opisie niestety zabrakło). Szczerze polecam na zrelaksowanie się po ciężkim (a także lekkim, przecież relaks jest zawsze wskazany) dniu.

Tytuł: Król Kruków (The Raven Boys)
Autor: Maggie Stiefvater
Część: I
Stron: 485
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 6,5/10

niedziela, 23 lutego 2014

Dmitry Glukhovsky: Metro 2033


Lubię literaturę rosyjską. Lubię jej mroki, tak charakterystyczne dla pisarzy ze wschodu. Taką dekadencką czerń obejmującą książkę. Lubię także dystopie i antyutopie. Bardzo prawdopodobne, iż za sprawą ‘’Igrzysk śmierci’’, a może po prostu zagłada naszego świata nie napawa mnie przerażeniem, ale czytanie o tym sprawia mi ogromną przyjemność. Istnieje możliwość, że przez moje nastawienie do tej książki , która zapowiadała się jako doskonałe połączenie rzeczy, które uwielbiam, byłem nastawiony do niej dużo mniej sceptycznie, niż w rzeczywistości powinienem, bowiem nie raz i nie dwa zdarzyło się, że moje oczekiwania pozostały niezaspokojone. Jednak nie jest to młodzieżówka – tę książkę polecali wszyscy, od starych wyjadaczy począwszy na literackich podlotkach skończywszy. Chyba za dużo tego dobrego.

Zawiodłem się na tej książce, bo obietnica wspaniałości była tu dużo większa niż w wielu innych przeczytanych przeze mnie. Upadek z wysokiej góry boli najbardziej. Była objętość zapowiadająca rozbudowaną historię, opinie wychwalające ją ponad wszystko inne, obietnica ekranizacji i gra na jej podstawie, słowem – full service, nic, tylko brać. I co z tego wyszło? Cóż, wyszło tyle, że jest to bardzo dobra książka, która w moim oczach nie sprostała sławie jaką obrosła. Została skrzywdzona poprzez własną opinię. Ale… nie ona pierwsza, i nie odstania.

Nieprzypadkowo wspomniałem o grze. Na początku dziwiło mnie trochę dlaczego to gra powstała najpierw, a nie ekranizacja, jednak moje domysły zostały zaspokojone już po kilkunastu stronach. Ta książka czasem wygląda, jakby została stworzona tylko po to, by stać się grą. Powieść jest dosłownie naszpikowana elementami, które aż błagają, by nią zostać – od głównego wątku począwszy, który jest fantastyczną, długą i niebezpieczną misją przez wątki poboczne, które są doskonałym materiałem na różnego rodzaju przeszkody i mini gierki aż po fenomenalnie wykreowany świat, który przesycony mrokami wciąga czytelnika w głąb rosyjskiego metra.

Kolejnym elementem, który mnie zawiódł, ale w ogólnym rozrachunku był na poziomie dużo lepszym niż zadowalający, był styl pisarza. Jest to pięknie opowiedziana historia i co do tego nie mam wątpliwości, ale momentami brakowało mi takiego zimnego pierdolnięcia mocnym słowem – tak to ujmę. Jest to napisane w sposób rzeczowy i profesjonalny, ale odrobinę przeszkadzał mi kontrast między powagą otoczenia a przystępnością stylu. Szczypta chłodnego patetyzmu zdziałałaby tu cuda, choć to moje osobiste spostrzeżenie i bez tego powieść i tak jest fantastyczna.

Zasadniczą wadą tej powieści, a przynamniej jej początku, jest Artem, czyli główny bohater. Jest naturalny i dobrze skonstruowany, problem w tym, że jego charakter zupełnie nie przypadł mi do gustu. Jakby starał się połączyć cechy prawego, dorosłego człowieka i z jednej strony kipiał odwagą, bezinteresownością i heroizmem, z cechami nastolatka – spontanicznością, ufnością i potrzebą wygadania się kumplom. To zestawienie robi z niego dziwaka, który idąc samotnie planuje każdy swój ruch i rozmyśla interesująco o otaczającym go świecie, a gdy nadchodzi jakaś akcja wszystko leci w diabły, bo refleksja jako rzecz mało widowiskowa nie sprawdziłaby się przy wybuchach i wszechogarniającej śmierci.

Mimo tego iż to co pisze wygląda raczej negatywnie, czytanie tej książki było prawdziwą frajdą. Dostarcza niesamowitej rozrywki i skłania do zastanowienia się nad tym, co wart jest człowiek jako gatunek, nie jako jednostka. Nie planuję poznać tej historii w wersji gry, ale film, jeśli kiedyś zostanie zrealizowany – a widząc popularność książki można mieć nadzieję, że stanie się to niebawem – na pewno się na niego wybiorę. Szczerze polecam książkę absolutnie wszystkim, bez wyjątku, bowiem rzadko zdarza się powieść zapadająca w pamięć tak głęboko.

Tytuł: Metro 2033
Autor: Dmitry Glukhovsky
Część: I
Stron: 613
Okładka: twarda
Wydawnictwo: Insignis
Ocena: 7,5/10

czwartek, 20 lutego 2014

Mamona z nutką Weinberga, czyli ''Amerykański przekręt''



Nie ukrywajmy – ta książka nie miałaby najmniejszej szansy na to, by ukazać się u nas gdyby nie fakt, że film inspirowany historią w niej zawartą został obsypany nominacjami do wielu nagród.  Co do samego filmu – słusznie, że nikt nie nazwał tego ekranizacją, bo wątki łączące obie historie są znikome. Jak to bywa w inspiracjach – za co należy dziękować reżyserowi, że się nie zagalopował – wybrano momenty najciekawsze u ustawiono wokół nich swoje własne – czy lepsze, czy gorsze to już zależy od gustu – efekty. Ekranizacja tej powieści to byłaby sprawa naprawdę ciężka, poza tym, według mnie, zupełnie bezsensowna.

Jak to w przypadku biografii bywa – bo do biografii tę książkę bez problemu można zaliczyć – występuje tu prawdziwa mnogość i deszcz suchych faktów. Na szczęście fakty, mimo iż suche, nadal mogą prezentować się całkiem ciekawie, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę fakt, że dotyczą człowieka tak niesamowitego jak Mel Weinberg. O bohaterze będzie później, skupmy się na książce: ekranizacja nie wchodziłaby w rachubę z bardzo prostego powodu – w tej książce niemal nie ma fabuły. Trzydzieści procent książki to kwoty na jakie Weinberg oszukał ludzi i ich nazwiska, sześćdziesiąt dziewięć procent książki to opis jak ich oszukał, i ostatni procent to jego prywatne życie oraz on sam.

Proporcja bardzo nierówna, co działa na niekorzyść, bo osobiście chciałbym poznać więcej, nie tyle szczegółów prywatnego życia bohatera, ale jego samego i jego kobiet – zwłaszcza Marie. Bohaterowie to najsłabszy element tej powieści – wspominani tylko ci, którzy zostają oszukani. Reszta – z życia głównego bohatera, z jego młodości – jest sukcesywnie omijana i ignorowana. Rozumiem, że autor chciał uszanować prywatność i omijał prywatne porachunki, jednak czasem działy się rzeczy warte uwagi, a jednak wspominano o nich tylko mimochodem, w jednym zdaniu. Wielka szkoda.

Co do samego Weinberga, to wzbudza doprawdy skrajne emocje. Z jednej strony człowiek, który całe swoje życie okradał ludzi, wykorzystywał ich nadzieję śmiejąc im się w twarz, ciągnął za nos i portfel kogo się dało i jak długo się dało. Nieznający moralności oprych bez skrupułów, godna pożałowania szumowina i – użyję tu tego z premedytacją – menda społeczna i wrzód na ciele narodu. Ale naród zdrowym ciałem na pewno nie jest, co prezentuje drugą stronę bohatera. Wykorzystuje swoje umiejętności, którymi nie pogardziłby żaden policjant, by wpakować do więzienia polityków, którzy od bohatera różnią się tym, iż nie dość, ze kradną, to w dodatku biorą jeszcze za to pensję.

Nie śmiem go osądzać, bo książka nie przedstawia wszystkich faktów, jednak z racji tego, iż nie widać bo Weinbergu skruchy – mimo jego współpracy z FBI – nadal jest zwykłym oszustem który okradał ludzi żerując na ich problemach i naiwności. W ten sam sposób wykorzystał także polityków, tym razem wykorzystując ich poczucie władzy i – rzecz najważniejszą – chciwość, ale to nie wybiela jego występków. To smutne, że istnieją ludzie, którzy zdobywaniu pieniądza podporządkowali swoje calusieńkie życie – od początku do końca, bez przerwy, mamona z nutką Weinberga.

Mimo natłoku liczb, pokrętnych tłumaczeń przekrętów i ogromu, naprawdę deszczu nazwisk całość czyta się zaskakująco lekko. Nie jest to na pewno lektura na jeden wieczór, bowiem by połączyć wszystkie wątki – a było ich naprawdę mnóstwo – należy się mocno skupić. Nie mogę powiedzieć, iż to lektura wciągająca i przyjemna – za dużo w niej osobnych wątków, co powoduje trochę niespójności i znaczny chaos. Mimo wszystko – książkę polecam, choćby po to, by zobaczyć jak zarabia się prawdziwe pieniądze w polityce (przyznam, skojarzeń z naszym premierem miałem kilka…)

Tytuł: Amerykański przekręt
Autor: Robert W. Greene
Część: -
Stron: 424
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Znak
Ocena: 6,5/10
 

środa, 12 lutego 2014

Jacek Piekara: Szubienicznik. Falsum et verum




Po całkiem zgrabnym, choć pod wieloma względami – jak znaczne przegadanie – niedoskonałym tomie pierwszym liczyłem na to, iż tom drugi podratuję trochę sytuację. Z racji tego, że część ta jest znacznie mniejsza rozpaliła się we mnie nadzieja na większe skupienie akcji a mniejszą rozwlekłość scen i, niestety, bardzo się pomyliłem, bowiem pod względem zarówno przegadania, jak i tempa akcji a także samej fabuły tom drugi nie odbiega od tomu pierwszego dosłownie niczym. Jest to kontynuacja tak bezpośrednia, że można by przypuszczać, iż powinna wyjść w jednym tomie, gdyż pierwszy rozdział rozpoczyna się w taki sposób, jakby był napisany dosłownie kilka sekund po tym, jak zakończył się tom pierwszy i podzielenie go miało na celu jedynie zwiększenie liczby tomów.

Nie śmiem jednak twierdzić, że książka jest zła. To, co usłyszałem o niej – a usłyszałem całkiem wiele i nie były to rzeczy w żadnym stopniu pochlebne – to nie jest do końca prawda. Nie mam pojęcia jakie oczekiwania mieli inni czytelnicy, ale jest to pełnowartościowa, bezpośrednia kontynuacja tomu pierwszego i pomijając wątki fabularne nie różni się od niego niemal niczym. Nawet zakończenie ma skonstruowane w sposób, że tak powiem, ocholeryczny. Jeśli ktoś miał nadzieję na znaczy postęp kryminalnej zagadki, to fakt, srodze się zawiedzie, jednak powieść ta to spis pogawędek tak pasjonujących, że nijak nie mogłem się na autora gniewać, że nie uraczył mnie niczym więcej.

Niestety meritum sprawy w tym tomie odeszło do krainy Zapomnianych Wątków i mieszka obecnie na ulicy Jestem Autorem I Jak Zechcę To Napiszę (pod numerem Kiedyś). Braki w nawiązaniu do początków nadrobione zostały jednak przez znaczne rozszerzenie akcji. Jest tu dużo mniej o zagadkach, planach i potencjalnych winnych a dużo więcej o samych bohaterach i nawet jeśli wspomina się o nich jako o tych ‘’potencjalnie winnych’’ robi się to zbyt rzadko zbyt lakonicznie by dać czytelnikowi coś więcej niż tylko delikatne domysły. Wątek kryminalny został znacznie ograniczony. W zasadzie cała powieść to jakby dodatek do serii a nie osobny tom.

Jednak biorąc pod uwagę fakt, że bohaterowie albo jedzą, albo spacerują, albo stoją, imponującym jest, że powieść jak na akcję tak wątłą i pozornie nudną tak trzyma czytelnika w napięciu. Bardzo prawdopodobne, iż to za sprawą języka jakim został napisana – jego lekkością i stylizacją. Byłem pod wrażeniem tego już przy tomie pierwszym a teraz jest równie ciekawie. Jednak język nie uratuje całej powieści i choć jest zaletą świecącą niczym ekran telefonu w tunelu wokół nadal jest ciemno, choć uroczo. Wiele także – za sprawą rozwlekłych do granic możliwości dialogów – zyskali bohaterowie. Co paradoksalne – mimo iż bohaterowie zostali opisani dużo lepiej i wiemy o nich więcej, tak na dobrą sprawę znowu nie wiemy o nich nic. Taki klimat…

Tytuł: Szubienicznik. Falsum er verum
Autor: Jacek Piekara
Cześć: II
 Stron: 340
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 6,5/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...