sobota, 3 maja 2014

Marcin Mortka: Morza Wszeteczne


Liczyłem na tę książkę bardzo, bo z piratami szczególnie zażyłej styczności dotychczas nie miałem, i zacząłem ją z nadzieją, że będzie to książka, która nie tyle zawróci mi w głowie, co będzie godnym początkiem zainteresowania zbójcami morskimi. Przykro mi to stwierdzić, ale tak się nie stało. Tak samo jak cenię Mortkę jako pisarza i tłumacza, tak wielki zawód odczułem, że zaserwował książkę tak nieporywającą, chaotyczną i nijaką. Nie wiem, czy naczytał się za dużo polskich autorów, ale zaleciało mi tu Pilipiukiem, i nie, jest to komplement. ‘’Miasteczko Nonstead’’ było bardzo dobrą, wciągającą rozrywką, tu mamy… cóż, w sumie nic ciekawego. Są piraci, ale udziwnieni, są sprośności, ale sztuczne i infantylne. Nie jest to książka zła, ale między moimi oczekiwaniami a samą powieścią ziała przepaść tak wielka jak między najbardziej oddalonymi od siebie końcami Wysp Rozpustnych.

Nie twierdzę, że to książka na wskroś grafomańska, koszmarna i słaba, bo to nie prawda. Jest to tak na dobrą sprawę przeciętne powieścidło, które w wielu miejscach jest zwyczajnie przekombinowane, udziwnione, i spłaszczone. W oczy już na wstępnie rzucają się dwie najbardziej widoczne wady tej powieści: dialogi i bohaterowie. Największą niewiadomą jest tu sam kapitan, bo jest bohaterem najbardziej płaskim i jednowymiarowym w całej książce (przypominał mi Cassie z ‘’Piątej fali’’ – jego śmierć zupełnie by mnie nie obeszła) a jednocześnie jego wypowiedzi jako jedne z niewielu nie raziły po oczach. Reszta bohaterów także nie zaskakuje. Starają się jak mogą – każdy ma swój charakter i pokazuje go gdy tylko może – jednak robią to w sposób tak… nieprzemyślany, intensywny i narzucający się, iż bardzo często odkładałem książkę na chwilę, bo ciężko było mi to znieść.

A jeśli o dialogi chodzi – wiadomo, że każdy statek piracki ‘’z krwi i kości’’ nie będzie miał na sobie żadnych miernych szczurów lądowych, a prawdziwi zbójcy morscy muszą mieś swoją gwarę. Mowa, fakt, dopracowana – mówią w sposób zupełnie inny niż my, przy czym autor zadbał o to, by kurw było pod dostatkiem, a jednoczenie wplótł je w wypowiedzi tak ślicznie, iż mimo ich natłoku  wpisały się w powieść nie rażąc zupełnie. Problem jest w sumie wszędzie wokół. Tam, gdzie dialog miał być zabawny, przyznać muszę, bardzo często był, ale przy normalnych wypowiedziach któregokolwiek z bohaterów oprócz Grzmota (którego uwielbiam!) załamywałem ręce z bezradności, bo wyglądało to tak, jakby chcieli bohaterowie chcieli powiedzieć coś po piracku tak bardzo, że im niemal żyłki popękały i ogólny efekt wyszedł bardzo nienaturalnie, sztucznie i przerysowanie.

Wspomniałem wcześniej o tym, iż fragmenty które miały śmieszyć się udały, i jest to chyba jeden z lepszych elementów tej powieści. Autor doskonale wyważył brutalny humor, łajdackie żarty z odrobiną absurdu co gdy czytałem książkę dało w efekcie dziwne spojrzenia wszystkich wokół. To, ze humor to za mało by książkę nazwać doskonałą wiem, ale starczy na tyle, by uznać ją za bardzo przyjemne czytadło. Na uwagę zasługuje zwłaszcza mój ulubiony Grzmot, który przypomina mi wiewiórkę z filmu ‘’Czerwony kapturek- Prawdziwa historia’’ oraz Julia, który sam w sobie jest cudownym piratem, a wszystko co mówi, choćby był to przepis na kałamarnice, przyjmę z uśmiechem na ustach.

Nie wiem, czy to błędy, czy zamierzone nieścisłości, ale były rzeczy, które bardzo mi się nie spodobały. To właściwie raczej niewiele znaczące elementy, ale sam fakt ich wystąpienia wystarczył, by nastąpił nieprzyjemny zgrzyt. Pierwszym z nich są parówki. A raczej porównanie armaty do parówki. Skąd oni u licha – w świecie stylizowanym na średniowiecze – mają pojęcie jak wyglądają parówki? Drugim elementem jest niematerialność. Serio żył kiedyś pirat, który wiedział co to znaczy niematerialny? Nie wiem… Ale! Gdy tylko wyjdzie tom drugi – a okładka mówi, że wyjdzie, choć jak na razie ani widu ani słychu – będę w księgarni pierwszy, bo skończyło się tak ciekawie i enigmatycznie, iż chcę poznać drugą część już teraz. Osobiście książkę polecam  wszystkim osobom które ukończyły szesnaście lat, bo dać ją dzieciom, cóż… nikt nie chce mieć bluzgających nastoletnich piratów w piaskownicy, prawda?

Tytuł: Morza Wszeteczne
Autor: Marcin Mortka
Część: I
Stron: 412
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 6/10



5 komentarzy:

  1. Sztucznie brzmiące dialogi to zmora nawet dość dobrych powieści. Łatwo sobie wyobrazić, że tę książkę mogły całkiem pogrążyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie nie mam na nią ochoty, lepiej przeznaczyć czas na coś lepszego. I prawdopodobnie niezwiązanego z piratami.

      Pozdrawiam! ☺

      Usuń
  3. Niestety raczej po tę pozycję nie sięgnę. Autora znam dzięki jego książce "Dom pod Pękniętym Niebem" - była to lektura interesująca, ale ta nijak mnie nie zachęca. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. "Morza Wszeteczne" to jedna z moich ulubionych lektur. Płakałam ze śmiechu podczas czytania, przekleństwa mnie nie raziły, a bohaterowie podobali mi się, jak w mało której powieści. Każdy miał swój własny charakter, każdy mnie bawił, bądź irytował na swój sposób. Owszem, wyłapałam w niej kilka błędów, ale wcale nie odejmowało to całości.
    Czekam niecierpliwie na kontynuację.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Zostaw po sobie ślad. Dziękujemy! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...