niedziela, 12 stycznia 2014

Marie Lu: Legenda. Rebeliant


Przepis na: schemat w sosie z socjalizmu

Składniki:
- jeden kulejący mega przystojny sportowiec – przestępca, obrany z naturalności i realności
- jedna przeciętnie ponad-inteligentna bohaterka z wydrążonym zmysłem przewidywania
- dobre socjalistyczne państwo wygotowane z sumienia (koniecznie!)
- dużo innego zła w postaci ludzi
- łyżkę szytej grubymi nićmi tajemnicy
- mrok (średnio-świeży)

‘’Ale to już było i wróci jeszcze więcej’’ chciałoby się rzecz czytając tę książkę. Czas ‘’Igrzysk śmierci’’ nadal trwa i nie wydaje mi się, żeby coś nagle przerwało dobrą passę pisarek i pisarzy tworzących powieści na kształt i podobieństwo tejże. Inspiracja jest jak najbardziej logiczna i zrozumiała – świat stworzony przez Suzanne Collins jest tak emocjonujący, pełen akcji i uniwersalny, że place aż drgają spazmatycznie chcąc wystukać coś w rytmie wszechobecnej zagłady nastolatków w świecie ucisku politycznego i rebelianckich gierek. Problem zaczyna się, gdy zamiast inspiracji dostajemy coś, co nie jest zainspirowane, ale co ma w sobie całkiem znaczne elementy oryginału – to udowadnia nędzę i niemoc pisarską. Marie Lu, mimo iż zagalopowała się w tworzeniu świata w tej książce, w ogólnym rozrachunku jednak nie wypadła najgorzej.

Elementem, po którym oryginalności się nie spodziewałem, a który oryginalność zapowiedział a później niestety obietnicy nie spełnił, był wątek romansowy. Niezwykle irytują mnie tak popularne w literaturze młodzieżowej oklepane schematy relacji między bohaterami, które opierają się na zasadzie: ‘’mroczny, straszny, tajemniczy, go przelecę nawet w dziczy’’.  Zapowiedź oryginalności polegała na tym, że bohaterowie… nienawidzą się. Przeczytawszy kilka pierwszych rozdziałów liczyłem na to, że choć przemiana jednego z bohaterów i przejście na ‘’drugą stronę’’ jest pewna, to oryginalność zostanie zachowana, czym się niestety zawiodłem.

Jednak największą wadą tej książki jest przewidywalność. Zwroty akcji to coś, na co autorki niestety nie stać. Najgorsze jest to, że mogło być ich tu całkiem sporo, jednak po kilku zdaniowym zbudowaniu napięcia zawsze następuje wytłumaczenie wydarzenia, które zaraz się wydarzy, skutecznie studząc entuzjazm. Poza tym akcja dzieje się odrobinę za szybko, co jest częstym błędem debiutantów, a co w połączeniu z przewidywalnością i schematami tworzy niezbyt ładny obraz. Ta książka jest trochę jak dróżka zrobiona z domina: leci szybko, przewidywalnie, z możliwym nieoczekiwanym zdarzeniem które jednak nie następuje i zakończeniem, które pozostawia niedosyt. Jednak patrzenie na lecące domino mimo wszystko sprawia pewną frajdę.

Potencjalnie ciekawi bohaterowie niestety zostali wyprani z wszelkich oryginalności. Day – niezwykle przystojny przestępca w stylu Batmana i Robin Hooda, to w rzeczywistości często i gęsto występującą kochliwa melepeta i ciamajda emocjonalna. Rozbuchane nastolatkowe emocje uwidoczniają nieudolną kreację Daya na Peetę, a jego pozostałe części sugerują, że miał mieć coś z Gale’a. Niestety, zamiast być ich połączeniem jest tępawym i ślepym na otoczenie chłoptasiem. June natomiast w zamyśle miała być twardą suką, która pod wpływem miłości dostrzega zło świata w którym żyje, jednak oprócz tego ukazała także, że jej niezwykła inteligencja jest nic nie warta, bowiem niecodzienna twarz Daya jest tak seksowna, iż umysł bez przeszkód można wyrzucić do śmietnika.

Kolejnym elementem, który wart jest wspomnienia, jest świat wykreowany przez autorkę, a raczej świat, który został stworzony z kilku innych. Są, jak można się spodziewać, dwie strony – socjalistyczny rząd, którego June jest elementem i który rzecz jasna jest zły, straszny i kłamliwy, oraz świat Daya – biedne przedmieścia, pełne dobrych bandytów walczących o swoje prawa. O ile dystopiczny świat Daya został stworzony całkiem sprawnie – pełen mrocznych ruin, wszechobecnego głodu, tajemniczych zaułków i nielegalnych walk, o tyle świat June jest straszny pod względem jakościowym. Źli politycy i niewierni współpracownicy są sztuczni, przewidywalni i zamiast wzbudzać nienawiść wzbudzają co najwyżej zniesmaczenie.

Jest to przykład kolejnego typowego czytadła stworzonego po to, by w celach zarobkowych wykorzystać szał na dekadenckie i mroczne antyutopijne powieści. Niestety nie ma tu niczego oryginalnego, co robi z tej książki przeciętne, całkiem wciągające ale które nie wywołuje żadnych głębszych refleksji, czytadło. Na drugą część prawdopodobnie się skuszę, aczkolwiek tym razem nie dam się nabrać na obietnice oryginalności. Polecam książkę nastolatkom i osobom, które nie mają do czytania niczego innego.

Tytuł: Legenda. Rebeliant
Autor: Marie Lu
Część: I
Okładka: miękka, ze skrzydełkami
Stron: 299
Wydawnictwo: Zielona sowa
Ocena: 6/10

2 komentarze:

  1. No w zasadzie to teraz jestem ciekawy, czy rzeczywiście tak kiepsko wypadła tu ta oryginalność, czy raczej jej brak. Przeczytam kiedyś, być może nie nastawiając się na fajerwerki powieść mi się spodoba.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszyscy zachwalają, ale może jest tak jak mówisz, że powoli niektórzy autorzy liczą tylko na zyski i wtapiają swoje książki w najbardziej pożądane gatunki

    OdpowiedzUsuń

Zostaw po sobie ślad. Dziękujemy! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...