sobota, 26 października 2013

Chuck Wendig: Drozdy. Posłaniec śmierci


Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła mnie w tej książce jest to, że nie stanowi ona tak bardzo ścisłej kontynuacji jak się spodziewałem. Liczyłem na to, iż wątki z poprzednich części tu nabiorą nowych barw i będą toczyły się nadal tym samym torem, natomiast autor uznał, że lepiej będzie, gdy Miriam zaangażuje się w coś nowego. Czy to dobry pomysł? Cóż, na początku byłem trochę zawiedziony, bo nie tego się spodziewałem, ale w ogólnym rozrachunku wyszło na to, że Miriam Black nadal prezentuje wspaniałą formę!

Sama bohaterka wiele zyskała w tej części. Zadziorna, wredna i nieokiełznana daje poznać się czytelnikowi z zupełnie innej strony. Jej uczucia względem Louisa co raz mącą jej głowę, jednak dużo częściej myśli o sobie, i nie jest to w cale takie złe. Tym razem Miriam musi zmierzyć się z własnym sumieniem i, szczerze przyznam, jestem usatysfakcjonowany jej walką. Autor poświęcił jej dużo więcej uwagi niż w poprzedniej części, z czego jestem wielce rad. Dopiero teraz czuję, że Miriam Black jest pełnokrwistą i dopracowaną bohaterką. Jej potencjał zaowocował.


Jednak, muszę się czegoś uczepić. Cóż – tak mam. Rzecz, która przeszkadza mi najbardziej, o dziwo, nie jest winą autora. Najbardziej denerwuje mnie tłumaczenie tytułu. Ten sam zarzut, co w powieści Kittredge. Otóż, w oryginale, pierwszy tom to ‘’Blackbird’’ co oznacza… kosa. Drugi to ‘’Mockinbird’’ czyli przedrzeźniacz, a trzeci to ‘’Cormorant’’, czyli kormoran, i tu nasuwa się pytanie – gdzie te przeklęte drozdy? W zasadzie nie ma to specjalnego wpływu na fabułę, jednak nikt by nie ucierpiał, gdyby zostawiono oryginalne tytuły.



Tym razem autor nie szarżuje już mieszając każdy gatunek jaki przyjdzie mu do głowy, ale przemyślanie i ze smakiem używa elementów zarówno mrocznego fantasy, objawiającego się postaci wszechobecnych tajemniczych symboli, a także kryminału, którego całkiem zgrabna konstrukcja sprawia, iż czytelnik ma ochotę pochłonąć tę książkę od początku do końca za jednym zamachem. Podczas czytania mój entuzjazm trochę oklapł, bowiem niektóre elementy intrygi są zawoalowane w sposób iście striptizerski, jednak ogółu zdecydowanie nie da się zaliczyć do przewidywalnych.

Tak jak w poprzednim tomie autor zarzucał co raz całkiem zgrabnym i ciekawym żartem, tak tu żarty owe, przynajmniej w większości, zostały poświęcone na rzecz wspaniałego klimatu. Na pewno nie jest tak zabawnie jak w tomie pierwszym, jednak zamiana humoru na grozę (czasem dosyć poważną) w żadnym stopniu nie ujmuje tej powieści wspaniałości, przeciwnie, w połączeniu z cytatami Poego (którego Śliwka otwarcie wielbi) daje efekt wręcz wspaniały. W dodatku pochwalić tu trzeba warstwę fabularną pod względem zwrotów akcji, zwłaszcza jeśli chodzi o zakończenie bo, dosłownie, miażdży. Słowem: z utęsknieniem czekam na trzeci tom!

Tytuł: Drozdy. Posłaniec śmierci (Mockinbird)
Autor: Chuck Wendig
Część: II
Stron: 367
Okładka: miękka, ze skrzydełkami
Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 7/10
 

wtorek, 22 października 2013

Gesa Schwartz: Pieczęć ognia


Nie chciałem kończyć tej książki. Nieczęsto się to u mnie zdarza, nawet wśród tych najlepszych. Ostatnio doznałem tego czytając ‘’Jonathan Strange i Pan Norrell’’, która całkowicie mną zawładnęła. ‘’Pieczęć ognia’’ to historia okrutna, bowiem jest skonstruowana na tyle dobrze, by z niecierpliwością wyczekiwać finału, oraz na tyle ciekawie, by nie chcieć tego pięknego świata opuszczać. Szczęście, że książka jest dosyć sporych rozmiarów i ma jeszcze dwie kontynuacje – liczę, że będzie tylko lepiej. Tu muszę pochwalić wydanie książki. Po pierwsze – bezbłędna okładka. Magiczna, mroczna, doskonała. Ciekawostką jest tu napis ‘’Grim’’, który na mojej półeczce rano był złoty, a wieczorem srebrny. Nie wiem, czy to magia książki czy oświetlenia, ale pachnie mi to czarami!


Mimo iż nie mam za sobą zbyt wielu powieści niemieckich jedną zasadniczą cechę tychże jestem w stanie wymienić  – to taka specyficzna twardość. Jest to wniosek logiczny, gdyż doskonale wpasowuje się to w choćby brzmienie tego języka. Czy jest mowa o wróżkach, czy o flakach, we wszystkim daje się wyczuć pewną dozę nie tyle perfekcjonizmu, co zatwardziałego dążenia do niego. Nie jest to cecha zła, ani w zasadzie dobra – po prostu jest i trzeba się z tym pogodzić. W tej powieści gra ważną rolę, bowiem w krainie otoczonej kamieniem zewsząd, nawet wśród bohaterów, pewna twardość jest wymagana. Jeśli już mówimy o bohaterach…


Uwielbiam Grima! I Mię też! A Remiego najbardziej! Ta trójka, mimo konfliktów i braku zaufania, szaleje wśród kart powieści niczym wściekłe wróżki rozwalając wszystko co się da, poznając tajemne moce i zakazane czary a także bawiąc czytelnika niezmiernie. Nie są to bohaterowie jakoś specjalnie oryginalni. Grim jest gargulcem, lecz na tym kończy się jego niebanalność, mimo to jego zdystansowane podejście do świata od razu sprawia, że chciałoby się podejść do niego i poklepać po kamiennym ramieniu. Mia jest teoretycznie typową nastolatką. Teoretycznie, bo nie wypowiedziała nic o utracie dziewictwa, o zniewalających przystojniakach i nie ględziła zbędnie o miłości. A Remi, jako uroczy, zielony, brodaty kobold w ogrodniczkach jest po prostu cudowny.

Zasadniczą wadą tej powieści jest jej przewidywalność. Nie obyło się, rzecz jasna, bez zaskakujących zwrotów akcji oraz niespodziewanych rozwiązań, ale ogół pod tym względem wypada raczej cienko. Już na wstępie domyślić się można kto jest po stronie dobra, kto po stronie zła, kto zdradzi, kto zaskoczy odwagą a kto zwariuje. Ponadto, szkoda, że ciekawa postać Karciarza została ograniczona do jednego spotkania. Przeszkadzało mi także, choć tylko odrobinę, że Mia i Grim naprzemian zmieniali się jako narratorzy. Zazwyczaj nie robiło to wielkiej różnicy, jednak czasem powodowało to zbędny chaos. Poza tym, powieść momentami jest zwyczajnie przegadana.

Na pochwałę zdecydowanie zasługuje system magii. Jest to prawdopodobnie, przynajmniej po części, inspirowane germańską mitologią, i może właśnie dlatego tak bardzo mi się podoba, bo czytając od razu wiadomo, że ma to jakieś solidne podstawy. Motywy bohaterów – wojny na tle rasowym, zagrożenie dla świata, a także praca – są doskonale skonstruowane, przemyślanie i stanowią doskonałe elementy powieści, które świetnie ze sobą współgrają i które razem z wspaniale wykreowanym światem robią naprawdę duże wrażenie (Śliwka napisał tu ‘’prażenie’’, jednak po zastanowieniu doszedł do wniosku, że także się nada, stąd ten zbędny nawias). Ogółem to kawał bardzo dobrej, wciągającej i pięknie napisanej historii. Co z aspektem miłosnym, spytacie? Z tym poczekajmy na drugi tom…

Tytuł: Pieczęć ognia
Autor: Gesa Schwartz
Część: I
Stron: 628
Okładka: miękka, ze skrzydełkami (a raczej ze skrzydłami)
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 7/10

niedziela, 20 października 2013

Stephen King: Carrie


Na debiuty książkowe zawsze spoglądam trochę mniej krytycznym okiem, bowiem wiadomo, że nie od razu Rzym zbudowano. Ważne, aby nie popełnić swego debiutu za wcześnie – wówczas, w przypadku niepowodzenia, człowiek traci wiarę w siebie i nie jest w stanie niczego ze swojej młodej mózgownicy wykrzesać, co skutkuje zawieszeniem kariery. Można to zaobserwować wśród ogromu powieści, których autorzy pod napływem krytyki i braku popularności zaprzestali tworzenia (bardzo często słusznie) na rzecz innych działalności. To pokazuje jak wielką wagę ma pierwsza książka – im lepiej zaczniemy, tym łatwiej będzie nam wybić się później.

Śliwka wielbi tę okładkę.
Szczerze przyznam, debiutu Kinga obawiałem się dużo bardziej niż innych. Jest to pisarz, którego w obecnych czasach nie trzeba przedstawiać nikomu. Dotychczas przeczytałem już kilka jego powieści –od świetnego ‘’Dallas ‘63’’ i ‘’Rose Madder’’ aż po koszmarne ‘’Oczy smoka’’ - i we wszystkich widać pewne echo książki, która była pierwsza. To jakby stanąć na szczycie góry – pierwszy krok zadecyduje o tym w którą stronę polecimy i nawet jeśli będziemy starali się skręcić ta pozycja startowa pozostanie niezmieniona. ‘’Carrie’’ jest jednak dowodem na to, że debiut nie musi być wybitny, wystarczy, że nie będzie tragiczny i nijaki, a ta książka zdecydowanie taka nie jest.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to błędne informacje, jakoby ta powieść była bardzo filmowa. Według mnie ta książka to bardzo marny materiał na film. Przynajmniej jej większość. Otóż ¾ powieści to nic innego jak opis bohaterki, która jest typową szkolną ciamajdą i kozłem ofiarnym, której matka jest fanatyczką religijną i która, jako brzydkie kaczątko, marzy o tym, by być piękną, a przynajmniej normalną. W międzyczasie Carrie odkrywa swoje zdolności telekinetyczne, co robi z niej szkolną ciamajdę, w dodatku wynaturzoną. Normalnie nie ujawniam informacji o fabule z drugiej połowy książki, ale tu się niemal nic nie dzieje. Pomijając incydent z łazienką i zakończenie, jest to spis żalów i życzeń nastolatki w depresji.

Zdziwiło mnie to, że powieść jest napisana w sposób tak dojrzały. Autor publikując ją w 1974 roku miał 27 lat i teoretycznie nie powinno to dziwić, jednak jak na debiut przyznać trzeba, że autor wykonał kawał wspaniałej roboty, bo książka jest przemyślanie napisana, dopracowana i zróżnicowana stylistycznie, co widać patrząc na krótkie dopiski z różnych innych, fikcyjnych książek. To, że autor umieścił tu fragmenty powieści bohaterów danej książki a także innych, które próbowały analizować przypadek bohaterki jest pomysłem całkiem niezłym, jednak nie podobało mi się to, że zrezygnował z ukazywania myśli bohaterów w konwencjonalny sposób wplatając je w tekst, na rzecz nawiasów, w których brakowało znaków interpunkcyjnych. To dosyć tani i słaby pomysł.

Ogółem rzec muszę, że mam ambiwalentne odczucia względem tej powieści, w większości jednak pozytywne.  Nie będę ukrywał, że spodziewałem się pod tej książce czegoś więcej, jednak biorąc pod uwagę fakt, że początkowo miało być to opowiadanie (dlatego powieść jest tak krótka), książkę zdecydowanie mogę polecić. Gdyby oceniać ją w kategorii horroru dostałaby ocenę zdecydowanie mniejszą, bowiem horroru w niej niewiele i bliżej jej do thrillera, ale mamy to szczęście, że milion osób wcześniej raczyło uwidocznić ubytki horroru w tej powieści, mówiąc tym samym czego należy się spodziewać. Dla fanów Kinga – pozycja obowiązkowa. Dla innych – całkiem ciekawe czytadło. Polecam!

Tytuł: Carrie
Autor: Stephen King
 Część: -
Stron: 205
Okładka: miękka, ze skrzydełkami
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena: 6,5/10

niedziela, 13 października 2013

[Banialuki #2] Plagiatorę, czyli spółka z ZOO.



Mimo iż od ostatnich banialuków minęło już 3 miesiące (!) Śliwkowy umysł nie zapomniał o tych wpisach, nawet jeśli haniebnie je zaniedbał, czego szczerze żałuje. Ale do rzeczy…

 Banialuki to cykl tekstów, dłuższych lub krótszych, o tematyce wkurwiającej teoretycznie niegodnej, pochwalnej, i jeszcze kilku innych tematykach, które w głębi serca, duszy i czasem portfela, chcielibyśmy poruszyć. Co za tym idzie: będziemy narzekali, obrażali, pieprzyli farmazony od rzeczy, a to wszystko zostanie zwieńczone bezcelowym wnioskiem,  którego nastawienie będzie zależało od danego testu. Nie śmiemy, rzecz jasna, uchodzić za Bóg wie jakich znawców, pisarzy i recenzentów, chcemy tylko podzielić się naszą opinią, tezami i stwierdzeniami.

Tak jak post poprzedni, tak i ten, jest zainspirowany dyskusją z portalu paranormalbooks.pl. Dziś tematyka zdecydowanie będzie należała do kategorii ‘’teoretycznie niegodnej’’, bowiem tekst będzie o najgorszym zabiegu literackim: pisaniu plagiatowaniu. Ostrzegam: nie obędzie się bez obrzucania literackim łajnem pisarzy oraz pewnej grupy osób, o których wspomnę później. Najlepiej byłoby, gdyby fani Cassandry Clare opuścili ten przybytek albo pogodzili się z tym, że na koniec postu furmanka wyjedzie pusta, pozostawiwszy swój, wątpliwej jakości, dobytek, na wyżej wymienionej pisarce.



Zacznijmy od tego, że nie można wszystkiego nazywać plagiatem. Branie pod uwagę innych tekstów, filmów i pozostałych dzieł sztuki jest nieodłącznym i niezbędnym elementem w procesie tworzenia. Musielibyśmy mieszkać w środku lasu od urodzenia, bez dostępu do jakiejkolwiek ludzkości, by uznać nasze dzieło za w pełni czyste; z racji tego, że nikt w takim środowisku nie mieszka – zaakceptujmy to, że wszystko wokół nas ma wpływ na naszą twórczość. Ale! Tylko od nas zależy co z tym zrobimy. Można próbować się od tego odciąć i jest to jeden z gorszych pomysłów, bowiem wówczas oszukujemy sami siebie, myśląc, że jeśli coś tworzymy, robimy to sami. Z racji tego, że wszystko podporządkowane jest naszym doświadczeniom i otoczeniu bez naszej woli metoda ignorowania jest skazana na porażkę.

Są trzy podstawowe rzeczy, które odzwierciedlają wpływ otoczenia na tworzenie: inspiracja, schemat i plagiat. Resztę pomińmy, choć znalazłoby się ich jeszcze pewnie kilka. Otóż najłagodniejszym i chyba najpopularniejszym jest inspiracja. Jak odróżnić inspirację od schematu i plagiatu? Po pierwsze: do inspiracji się przyznajemy. Autor często nawet nie musi tego mówić wprost. Inspiracja także ma swój podział – można po prostu, pod napływem zachwytu nad kimś, stworzyć coś innego, co jednak nieświadomie będzie w pewnych partiach podobne, a także wykorzystać pewien element na swój sposób. Przykładem inspiracji po zachwycie jest Edgar Allan Poe (którego osobiście wielbiam), który już od stuleci gromadzi rzeszę pisarzy otwarcie mówiących, że ich inspirował. Wykorzystanie elementu zostało doskonale przestawione w zrecenzowanej przeze mnie książce ‘’Szklany tron’’, gdzie autorka sprytnie wykorzystała motyw igrzysk rodem z książki Suzanne Collins. Oczywiście, tu trzeba powiedzieć: co za dużo, to nie zdrowo. Wszystko musi być użyte ze smakiem i inteligentnie wykorzystane.

Zajmijmy się schematem – temat [wylewająca się] rzeka. Czym jest schemat? Tak jak inspiracja to wykorzystanie jakiegoś elementu przez jedną osobę na użytek jednego dzieła (względnie serii), tak schemat jest ciut upasioną inspiracją, na którą rzucili się wszyscy. Doskonałym przykładem będzie tu paranormal romance oraz antyutopia. Po ‘’Zmierzchu’’, który, swoją drogą, sam powtarzał schemat z ‘’Pamiętników wampirów’’, nastała era paranormal romansów, gdzie schemat nadprzyrodzonego zauroczenia w klimacie mroku i niebezpieczeństwa panował niepodzielnie aż do czasu ‘’Igrzysk śmierci’’, które zapoczątkowały szał na antyutopie, dystopie, a także w późniejszym czasie, post-apokalipsę.  W zasadzie powtarzanie schematów służy jedynie zarobkom. Jest to haniebny zabieg, gdyż pokazuje brak kreatywności i chciwość. Mistrzyniami w schematach są Veronica Roth oraz Becca Fitzpatrick, gdyż ich powieści ukazały się ‘’zaraz po’’ i zdobyły największą, po pierwowzorach, popularność. Ale czy to źle? Nie. Po prostu stworzyły czytadła dla pieniędzy. Każdy musi jakoś zarabiać, można i tak.

No i plagiat. Czym jest? Plagiat jest jawnym przyznaniem się do tego, że autor jest marną kreaturą niegodną najmniejszego spojrzenia. Zasługuje tylko i wyłącznie na pogardę i zesłanie w niebyt. Gdy ktoś raz dopuści się plagiatu powinien być w środowisku literackim napiętnowany na całe życie. Czy tak jest? Niestety nie…
Teraz podpadnę fankom Cassandry Clare. Uprzedzam: tak, uwziąłem się na nią. Tak, pogardzam nią jako autorką, i gdyby nie było mi żal papieru obrzuciłbym jej książki łajnem a potem rytualnie spalił, najlepiej publicznie. Poza tym, jest doskonałym przykładem. Czy mam z nią jakiś problem? Nie, to nie z nią mam problem, ale właśnie z fankami. Sytuacja: Wasz ulubiony autor został posądzony o plagiat. Co robi jego fan? Ma kilka wyjść. To lepsze: poszukać dowodów, a w przypadku potwierdzenia zwrócić się ku pisarzom których dany inteligent wykorzystał. Mimo uwielbienia jakim go darzyliśmy, racjonalne podejście krzyczy, by nie wspomagać złodzieja. To średnie: zignorowanie tego. Uprzedzam jednak, że smród ciągnie się za takim. Najgorsze: obrona. To, co zrobiło mnóstwo fanek Clare. Bez sprawdzenia, bez wiedzy i wiadomości na dany temat otworzyły swoje paszczęki krzycząc, że C. Clare ‘’tylko się inspirowała’’, podczas gdy w jej ‘’Draco trilogy’’ znaleziono całe fragmenty innych powieści (tu i tu więcej o tym). To żałosne. By zrozumieć głupotę tego zachowania można wyobrazić sobie coś takiego: stoi w sklepie bandzior. Kwadratowa szczęka, skórzana kurtka, zarost, słowem: dziewczyny piszczą. Bandzior, wykorzystując zniewalający uśmiech, namawia dziewczę do tego, by wyjęła mu pieniądze z kasy, co oczywiście bez wahania robi. Na koniec, uśmiechając się szelmowsko, zostawia ją w sklepie, odjeżdżając.
Ja doskonale rozumiem, że ludzie lubią jej powieści. Są lekkie, schematyczne i wciągające, jednak trzeba wziąć pod uwagę to, że bandzior, choćby był najprzystojniejszy, nadal pozostaje bandziorem: człowiekiem, który jest za głupi, by samemu zarobić, i musi kraść. Który jest tak żałosny, że musi wykorzystywać pracę innych, bo sam nie potrafi. Szczerze, wstydziłbym się popierania osoby, której plagiat został udowodniony.

sobota, 12 października 2013

Sarah J. Maas: Szklany tron


Wyobraźcie sobie obraz – ciemne, zachmurzone, dekadenckie niebo, na środku piękna dziewczyna, silna i niebezpieczna, a wokół antyutopia, gdzie wszystko chce ją zabić. Owy obraz inspiruje wielu – obecnie na listach bestsellerów królują powieści mroczne i post-apokaliptyczne, dystopie, które wykorzystują schemat przerażającego  świata z ‘’Igrzysk śmierci’’. Przed lekturą ‘’Szklanego tronu’’ spodziewałem się czegoś podobnego, tyle, że okraszonego nie futurystycznymi statkami i nowoczesną bronią, lecz mieczami, bitwami, grą o władzę, pięknymi damami i przystojnymi rycerzami. Czy się pomyliłem? Tak. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku!

Zdrową inspirację od niezdrowego jeżdżenia po schemacie można poznać po tym, iż schemat jest wykorzystany jako niepodważalna reguła danego świata, która otacza bohaterów i której są podporządkowane inne reguły, natomiast inspiracja wykorzystuje jakiś element i zamiast bezwstydnie go kopiować, budując wokół niego resztę, staje na równi z innymi tworząc daną krainę. Inspirację ‘’Igrzyskami śmierci’’ można wyczuć na pierwszy rzut nosa, jednak zamiast powszechnego wykorzystania mroku, politycznych igraszek, które doprowadziły kraj do ruiny, autorka wykorzystała igrzyska same w sobie. Jest to bardzo oryginalne w swojej nieoryginalności – przykład inteligentnej inspiracji.

Celeana (prawidłowa wymowa to prawdopodobnie ‘’Selina’’ lecz ja nie mogłem odejść od nazywania jej… Kaliną) to dziewczyna silna. Jest to postać głęboka, naturalna i doskonale skonstruowana. Nie często dzieje się tak, że oprócz chęci poznania przyszłych losów bohaterów książki ma się aż taką chęć, by poznać ich przeszłość. Ostatnio taką sytuację miałem podczas czytania Harry’ego Pottera, a to spory komplement dla autorki. Mimo młodego wieku bohaterka jest nad wyraz dojrzała i uzdolniona, a mimo to zachowała dziewczęcość i naturalność właściwą dla swojego wieku. Nie obędzie się bez wzdychania do przystojniaków i sukienek ale czegóż spodziewać się po nastoletniej zabójczyni…

Aspekt miłości aspiruje do miana trójkąta, choć nie odważyłbym się nazwać go typowym. Ani, jak to bywa w przypadku większości młodzieżówek, irytującym. Z miłości nie da się wiele wykrzesać, jest to ta część książki, która zawsze pozostanie taka sama, mimo to ten element książki jest skonstruowany na tyle dobrze, iż ośmielę się stwierdzić, że ustępuje tylko ‘’Igrzyskom…’’ oraz Potterowi. Nie ma tu pośpiechu – wszystko dzieje się naturalnie, bez zbędnego wzdychania jednak z ukazaniem młodzieżowego zauroczenia. Jak w przypadku wielu trójkątów czytelnicy zapewne podzielą się na teamy, które kibicują swoim ulubionym bohaterom i od razu deklaruję chęć przystąpienia do brygady TEAM CHAOL!

Czy obyło się bez zgrzytów? Niestety nie. To znaczy: dla mnie niestety. Otóż świat jest stylizowany na takie odrealnione średniowiecze: rycerze, suknie, miecze, magia, wiadomo. Co zgrzytało? Po pierwsze: sklepy. To, że są, rozumiem, ale w średniowieczu były sklepy z wystawami, na których za wielką szybą prezentowały się suknie? Albo jedzenie. Gdzie tam można było znaleźć gumę do żucia? To nie są wady, ale zgrzyty, na które nie byłem przygotowany. Autorka unowocześniła odrobinę swój świat i miała do tego prawo, jednak ciut za późno raczyła o tym czytelnika powiadomić, przynajmniej w moim odczuciu. Trochę jakby wejść dopuszczonych ruin i znaleźć w nich telefon komórkowy. Niby fajnie, ale miecz byłby fajniejszy. Jednak jest to także pewna zaleta, gdyż takiego połączenia, szczerze przyznam, nie widziałem, a oryginalność zawsze będzie w moich oczach doceniana.

Mortka to dla mnie gwarancja dobrej książki – w tej jako tłumacz spisał się fenomenalnie. Doskonale oddał styl autorki a także sam nie poskąpił swojego talentu. Ogółem objętość książki odrobinę mnie zdziwiła, bowiem spodziewałem się, że będzie krótsza, natomiast po przeczytaniu zadałem sobie pytanie: jak można w tak krótkiej książce zmieścić tyle tekstu? Nawet nie chodzi o jego objętość i długość ale swojego rodzaju natężenie. Ta książka jest po brzegi wypełniona pędzącą, wielowątkową akcją z mnóstwem jej zwrotów, wspaniałymi bohaterami, potężną dozą magii oraz symbolizmu, który uwielbiam, a także niesamowitym ukazaniem dworskiego życia, pełnego przepychu, stylowych sukien (których, uwierzcie mi, nie brakuje) i zamkowych intryg, a to wszystko okraszone wspaniałą architekturą: szklanym zamkiem, tajemnymi, mrocznym przejściami i zakazanymi miejscami kultu. Już nie mogę doczekać się kontynuacji i nowelek. Wspaniałości!


Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Uroboros.

Tytuł: Szklany tron
Autor: Sarah J. Maas
Część: I
Stron: 512
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 8/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...