niedziela, 28 lipca 2013

George R.R. Martin: Gra o tron




Książka ta obrosła taką sławą, że nie da się rozpocząć jej bez potężnej dozy oczekiwań. Jest to ta zła strona sławy, gdyż przez to wiele dobrych książek było źle ocenianych, bo mimo iż były bardzo dobre nie sprostały potężnym wymaganiom, jakie narzuciła im sława. Jednak ‘’Gra o tron’’, dzięki Bogu i Martinowi, całkowicie, absolutnie i w stu procentach spełniła moje oczekiwania, więcej, mimo wielkich nadziei względem niej udało się nawet owe oczekiwania przerosnąć, co nie zdarza się często, a może nawet nie zdarzyło się u mnie w ogóle. Zdobyć sławę to nie problem, problemem jest jej utrzymanie, a ta powieść, mam nadzieję, będzie utrzymywać swoją przez wiele, wiele lat.
                                             
Drugim aspektem sławy jest to, że wszyscy o danej powieści mówią. Ma to swoje zalety, zwłaszcza na początku, wówczas jest to doskonała reklama, jednak później przeradza się to w coś niebezpiecznego i coś, co powinno być karalne – spojler. Zachwyceni czytelnicy udostępniają obrazki, memy, cytaty, fragmenty, wrażenia, rozpoczynają dyskusję i otwierają ją, poprzez najróżniejsze formy, na umysły tych, którzy danej historii jeszcze nie poznali. Tu trzeba uważać. Czy udostępniając obrazek z serialu, lub otwarcie zadając pytanie o śmierć któregoś z bohaterów nie psujemy komuś frajdy z poznawania tak wspaniałej powieści? Tak do kurwy nędzy! Mam po uszy oglądania tych wszystkich pierdół tworzonych przez bezmózgich imbecyli, którzy zamiast zastanowić się czy nie spolerują psując komuś przy tym zabawę wywlekają na powierzchnię Internetów najprzeróżniejsze rzeczy. Życzę takim, żeby mieli Lannistera w domu.

O tępych kretynach już było, zatem uspokójmy emocje i przejdźmy do bohaterów. Na początek trzeba powiedzieć, iż każdy z nich jest fenomenalnie nakreślony, charakterystyczny, naturalny i nieprzewidywalny. Są doskonale skonstruowani i widać na pierwszy rzut oka, że autor poświęcił im sporo uwagi. Przed przeczytaniem powieści zauważyłem, iż bohaterem najbardziej wielbionym w Internetach z ‘’Gry o tron’’ był Tyrion, czego nie rozumiem. Owszem, jest to bohater bardzo ciekawy i szczerze przyznam, pałam do niego sympatią, ale żeby najlepszy? W żadnym wypadku. W moim rankingu zajmuje trzecie miejsce… drugiego właściwie nie ma, ale są dwa pierwsze. Daenerys i Aryia. Wielbię te babki. Gdybym miał rozpisywać się o każdym prawdopodobnie pisałbym do jutra, toteż wymienię jeszcze Jona z Duchem, Brana z Lato oraz Cersei.

Wielu, i tu mam na myśli wielu wielu wielu, narzeka na to, iż Martin zabija bohaterów. O tym kogo zabił nie powiem, ale powiem dlaczego. Po pierwsze mam wrażenie, że nikt nie zwrócił uwagi na pewne zdanie, które w zasadzie tłumaczy wszystko – ‘’W grze o tron albo się wygrywa, albo umiera’’. Teraz: co autor miał na myśli mówiąc ‘’wygrywa’’? Otóż, nie jest to wygranie w samej grze o tron, lecz spełnienie swojego celu, a jest ich tyle, ilu bohaterów. Nie stwierdza to zatem, że umrą wszyscy, czego się odrobinę spodziewałem, ale stwierdza, że umrą ci, którzy nie zrobią tego, co sobie zamierzyli. Po drugie, co jest bardzo oczywiste, bohaterowie giną, żeby było ciekawie, a zdanie powyżej jest tylko usprawiedliwieniem. Miałem wrażenie, że autor najpierw wzbudza do bohatera sympatię a później go zabija, co jest tak samo wredne i pospolite, jak emocjonujące i klasyczne.

Były dwie rzeczy, które mnie zawiodły. Pierwsza to ta, której czepiam się dosyć często – styl. Odniosłem wrażenie, iż jest to napisane strasznie topornie i odrobinę nieprzemyślanie. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to wina tłumaczenia, ale intuicja mi podpowiada, że po części też. Pod koniec jest już lepiej, jednak nadal miałem poczucie, to odrobinę to sztywne. Drugą jest pominięcie Innych. Inni są fascynującym elementem, który właściwie pozostaje bardzo w tle, bo w tych kilkuset stronach pojawiają się ze dwa, może trzy razy, a i tak nie zawsze osobiście. Brak tego wątku boli, bo wydaje się być dosyć fascynujący i chciałbym poznać historię Innych.

Żeby w ogóle próbować przewidzieć wydarzenia z części następnej, co jak mniemam jest niemożliwe ale nie przeszkadza mi to w próbowaniu, trzeba wziąć pod uwagę nazwę całej serii. Pieśń lodu i ognia brzmi dumnie, wspaniale i, co najważniejsze, enigmatycznie. Ogień najprościej zdefiniować, od początku wiadomo kto jest ogniem i kto będzie reprezentował go w przyszłości. Z Lodem może być trudniej, bowiem oprócz tej oczywistości, jest także mur, oraz to co za nim. Poza tym można to interpretować jako lato i zimę, biel/niebieskość oraz czerwień/złoto. Najbardziej jednak fascynuje mnie sama pieśń – może oznaczać zarówno pojednanie, jak i wojnę. Oznacza to jednak, że nie wiemy czego się spodziewać i o to chodzi.

Epicka, niesamowita, fascynująca i niemal doskonała powieść nie tylko dla fanów fantasy, które jest tu tylko dodatkiem, a także nie tylko dla fanów średniowiecznego klimatu, który został oddany doskonale – jest to powieść bezwzględnie i absolutnie dla wszystkich… którzy skończyli już 13 lat. Z racji drastyczności młodsi mogliby się odrobinę zdemoralizować, a chyba nikt nie chce mieć przed swoim domem małego Lannistera z, nawet drewnianym, mieczem.

Tytuł: Gra o tron
Autor: George R.R. Martin
Część: I
Okładka: twarda
Stron: 844
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Ocena: 9,5/10

środa, 17 lipca 2013

James Craig: Londyn we krwi [+ kilka informacji]



Najbardziej znaną powieścią kryminalną napisaną przez dziennikarza jest ta, która przedstawia losy szwedzkiego wydawcy dziennika ‘’Millenium’’ oraz genialnej nienormalności w osobie Lisbeth Salander. Piszę to by uświadomić, że Stieg Larsson postawił poprzeczkę dość wysoko  i każdy dziennikarz piszący kryminał, czy mu się to podoba czy nie, będzie w moich oczach porównywany właśnie do tego. Fakt, że książka Larssona była wydana wcześniej właściwie niczego tu nie zmienia, bo chodzi o jakość a nie okres czasu w jakim się ukazała. Wziąwszy pod uwagę skalę, w której wyzej wymiona powieść będzie odnośnikiem, stwierdzam, że poprzeczka nadal pozostała tam, gdzie była, lecz zaczęła się lekko chybotać pod napływem świeżego powietrza.

Powieść reklamowana jest jako ‘’europejski kryminał’’ co od razu narzuca myśl o tym, że podświadomie autor stara się wyzbyć kategoryzacji  względem narodowości i zaproponować coś, co mogłoby uchodzić nie tyle za wzór, co przykład książki, która z każdej europejskiej narodowości bierze to, co najlepsze i tworzy powieść w pewnym stopniu uniwersalną. Czy mu się udało? Chyba nie… w tym natłoku wszystkiego, co jest zbędne acz użyte ze smakiem i ograniczone do znośnych ilości, powieść faktycznie wydaje się być uniwersalna – ale to amerykanie robią uniwersalne rzeczy. Książka równie dobrze mogłaby być amerykańskim kryminałem, albo australijskim, wsio ryba. Szwedzkie kryminały są dobre, bo są charakterystyczne, tak jak kryminały lub ogólnie powieści na przykład rosyjskie. Nie widzę sensu w uogólnianiu tej powieści do ‘’europejskiego kryminału’’, już bliżej do ‘’uniwersalnego’’.

Stworzyć ciekawego detektywa jest w naszych czasach dosyć trudno. Każdego podświadomie będzie porównywało się do Holmesa, Poirota i wielu innych. John Carlyle (którego nazwisko niebezpiecznie kojarzy mi się ze ‘’Zmierzchem’’) jest człowiekiem statecznym, nie ma w sobie żadnych fascynujących udziwnień ale z drugiej strony nie można nazwać go bohaterem nudnym. Ten człowiek ma wrażenie, że cała odpowiedzialność za odkrycie prawdy spoczywa na nim, i nie robi to z niego człowieka w 100% prawego, bo nie on ten los sobie wybrał, lecz przemyślanie poprowadzona fabuła, co daje wrażenie, jakby to nie bohater chciał odkryć prawdę ale wydarzenia zmuszały bohatera do jej odkrycia. Oryginalne i interesujące.

Mam tak, że lubię czytać o Polakach w zagranicznych książkach – cóż poradzić. Pierwsze co rzuca się w oczy, to kolega Johna po fachu i jego partner – Joe Szyszkowski. Przy okazji poznawania owego człowieka autor dzieli się swoimi poglądami, a raczej poglądami swojego bohatera, na temat naszego narodu. Co takiego tam jest? Cóż, rzec mogę tyle, że w sumie nic nadmiernie negatywnego. Tu, rzecz jasna trzeba się zastanowić – autor nie napisał nic, co by nas obrażało dlatego, że myśli tak naprawdę, czy dlatego, iż liczy, że książka w której pochlebnie opisze polaków będzie miała szanse na wejście na tamten rynek? Mógł opisać każdą nację, więc skłaniam się raczej ku tej teorii, że po prostu nie myśli o nas tak źle.

Przy recenzowaniu książki ‘’Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet’’ stwierdziłem, iż jest napisana w sposób prosty i rzetelny – iście dziennikarski – i w przypadku ‘’Londynu we krwi’’ jest bardzo podobnie. Z jednej strony widoczne są braki w aspekcie pięknego i finezyjnego opowiadania, ale z drugiej strony jest to opowieść o prostym acz inteligentnym policjancie i nadmierne upiększanie jest tu zupełnie zbędne. Muszę jednak przyczepić się do kilku rzeczy. Pierwszą, która mnie zdziwiła, była objętość. Spodziewałem się czegoś bardziej rozwiniętego… lecz nie to zawiodło mnie najbardziej. Autor chyba nie wziął pod uwagę tego, że książka zostanie przetłumaczona na jakikolwiek język, bo czytając o tym wszystkich angielskich uliczkach doświadczyłem bardzo niewielu ich opisów. Ich brak można wytłumaczyć faktem, że autor po prostu nie wziął pod uwagę tego, że ktoś nie będzie wiedział jak wyglądają te wszystkie streety, roudy i place’y, a szkoda, bo nikt przecież nie czyta książki z otwartą mapką Londynu albo z włączonym Google.

Ogólnie powieść oceniam bardzo pozytywnie i już nie mogę doczekać się kontynuacji. Jestem bardzo ciekawy, czy w kolejnym tomie będzie kontynuacja bezpośrednio wątku z tej książki, czy John weźmie się za zupełnie inną sprawę, bo zakończenie jest na tyle enigmatyczne, że oba scenariusze są dosyć prawdopodobne. Polecam wszystkim fanom zręcznie napisanych, brutalnych, męskich i wyrazistych kryminałów, bo jest to kawał bardzo przemyślanej i interesującej historii, która wciąga jak mało co i którą można czytać bez przerwy.

Autor: James Craig
Tytuł: Londyn we krwi
Część: I
Okładka: miękka, ze skrzydełkami
Stron: 333
Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 7/10


Teraz kilka informacji.
 
Chciałbym powiadomić, iż teraz wpisy będą ukazywały się jeszcze rzadziej, niestety. Niedogodności te są spowodowane tym, że NiebieskaMgiełka poznaje uroki Harry'ego Pottera, o czym powiedziane zostało już wszystko, i to kilkukrotnie, a ja (Obywatel_Śliwka, jakby co) podjąłem pracę jako stażysta w księgarni, co było jednym z moich celów. Dodać do tego trzeba kurs na prawo jazdy i wychodzi na to, że czasu brak. Będziemy robili co mogli - niedługo kolejne banialuki - ale działalność blogowa prawdopodobnie zmaleje, za co przepraszamy, ale liczymy, że wybaczycie nam te chwilowe niedyspozycje.

niedziela, 14 lipca 2013

Michaił Bułhakow: Mistrz i Małgorzata



Klasyki, które udało mi się przeczytać, w większości trafiają do dwóch grup: ‘’wielbię’’ lub ‘’nie znoszę’’. Do grupy ‘’nie znoszę’’ trafiła między innymi ‘’Lalka’’ i ‘’Cierpienia młodego Wertera’’ czyli klasyki o miłości. ‘’Mistrz i Małgorzata’’ również dosyć solidnie zakrawają o miłość, jednak w żadnym wypadku nie ma mowy o wrzuceniu tej powieści do szufladki z wyżej wymienionymi książkami. Dotychczas miałem raczej nikłe doświadczenia z literaturą rosyjską - ograniczały się one głównie do rozpoczęcia lektury ‘’Zbrodni i kary’’ - lecz mam szczerą nadzieję, że to się niebawem zmieni, bowiem książka Bułhakowa przedstawiła książki tego narodu w nad wyraz korzystnym świetle.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to bardzo naturalne, fascynujące i bardzo zgrabnie stworzone połączenie sfery ziemskiej – w tym przypadku sfery pisarskiej i około-twórczej – z elementami nadprzyrodzonymi. Z drugiej strony nad nadprzyrodzonością owych elementów można dyskutować – przecież mówiące koty nie istnieją, jednak wielu ludzi wierzy w szatana, a co za tym idzie, w resztę jego, tu przedstawionej dosyć dziwacznie i fascynująco, zgrai z jakiej składają się demony takie jak Azazell, Behemot i kilka innych postaci. Zwrócić tu trzeba szczególną uwagę na kota.

Klasa! Tak można opisać Behemota – czarnego, gigantycznego kocura, który swoją genialną kreacją wieńczy dzieło, jakie tworzą fenomenalni bohaterowie. Tytułowe postacie pominę – razem pojawiają dopiero w drugiej części książki, czyli za późno, by o nich mówić, jest tu jednak gro innych wspaniałych osobistości. Cała powieść wypełniona jest niebanalnymi, pełnokrwistymi i naturalnymi (lub nienaturalnymi, co również świadczy o ich wspaniałości) charakterami, które wzbudzają skrajne emocje – od zachwytu, przez litość, aż po strach. Szał!

Podobnie jak ‘’Zbrodnia i kara’’, powieść Bułhakowa ma niesamowity klimat. Charakteryzuje się on takim nieprzeniknionym mrokiem, którego jedyną ozdobą są świece i światło księżyca. Klimat owy pochłania czytelnika doszczętnie i doskonale sprawdza się jako tło dla takich genialnych bohaterów oraz ta niesamowitych wydarzeń. Użyty został wprawnie, umiejętnie i taką finezją, że czytelnikowi nie pozostaje nic, prócz poddania się tej magicznej sile.

Teraz czas podzielić się przemyśleniami, jakie naszły podczas czytania tę część mnie, która jest fanem Harry’ego Pottera. Co te powieści mają ze sobą wspólnego? Otóż całkiem sporo. Nie zdradzę tu konkretnych przykładów, gdyż pojawiają się one dosyć późno, ale zauważyć można zarówno w klimacie jak i tworzeniu kilku bohaterów, iż Rowling – świadomie bądź nie, nie będziemy tu teraz tego oceniali – inspirowała się ‘’Mistrzem i Małgorzatą’’, czasem dosyć solidnie. Nie jest to rzecz jasna plagiat i równie dobrze mogę się mylić – sprawa rozchodzi się o niewiele znaczące elementy – jednak rzuca się to w oczy, przynajmniej mnie.

Powieść niewątpliwie powstawała w trudnych czasach i tego nie zakwestionuje nikt. Pochwalić tu trzeba wydawnictwo, za to, że w książce wyszczególniło te elementy powieści, w które wszędobylska cenzura tak bezczelnie ingerowała. Swoją droga, daje to niezły obraz tego, czego wówczas najbardziej obawiano się ze strony ludu. Często były to zdania nie wyrażające niemal nic ciekawego, czasem jednak trafnie wykreślono te zdania, które mogły zasiać ziarno niepewność lub jakieś niedogodne dla władzy idee i niepożądane przez nich myśli. Dodatkowo udostępniono zapiski Jeleny, żony autora, które są fascynującym dodatkiem do powieści.

Jest to jedna z tych genialnych powieści, która swoją genialnością chwytają czytelnika swoimi drukowanymi pazurami za głowę i potrząsają nią na wszystkie strony robiąc w mózgoczaszce literacki jogurt i światopoglądową maślankę. Każdy element – od stylu, który patrzy na współczesne powieścidła z politowaniem, przez bohaterów, którzy śmieją się z tych żałosnych współczesnych kreacji aż po klimat, który przyćmiewa tworzone obecnie namiastki światów – zasługuje na największe pochwały. Po lekturze nie pozostaje nic innego, jak położyć się i delektować się tym, co z naszego mózgu jeszcze pozostało.

Autor: Michaił Bułhakow
Tytuł: Mistrz i Małgorzata
Część:  -
Okładka: twarda
Stron:  407
Wydawnictwo: Agora
Ocena 9/10

piątek, 12 lipca 2013

Stos 17: powrót żyrafy.



Po ostatnim stosie, który ledwo stał przyrzekłem sobie, że starczy mi tych książek - mam co czytać i przez najbliższy czas nie będę nic kupował. A takiego! Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że aż 7 z nich jest wygranych a reszta po wyjątkowo niskich cenach. Nie oparłem się niskim cenom.


W tej części cieszy mnie dosłownie wszystko. ''Londyn we krwi'' jest z autografem, więc cieszy podwójnie. ''Drozdy'' mam już za sobą i były wspaniałe, ale jeszcze bardziej zachwyciła mnie książka ''Tancerze burzy'' która dosłownie mną zawładnęła. Z tych mam też za sobą ''Nexus'' który również był fenomenalny.


Trzy górne pozycje nabyłem w promocyjnej cenie dychę za książkę. Książkę Amandy Brown mam już za sobą. Pięć pozycji na dole, aż po tę 1000 stronicową cegiełkę to nagrody z Weltbildowego konkursu. Martwi mnie trochę fakt, że ma to aż 8 tomów a to jest dopiero siódmy, ale cóż... narzekał nie będę.

Mam! W końcu! Upragniona ''Gra o tron'' jest w końcu moja i nie mogę doczekać się aż wezmę się na nią. Krzyczy do mnie z półki, ale dałem pierwszeństwo ''Mistrzowi i Małgorzacie'' i w sumie nie żałuję, bo jest świetna. Te dwie starsze książki, to efekt odstresowania po jeździe (Śliwka zaczął zdawać prawko, ale niezbyt mu idzie...)

To byłoby na tyle. Nie będę więcej kupował, bo jestem zupełnie spłukany. Przynajmniej na razie, co będzie później, to się zobaczy - nikt bowiem nie jest w stanie zapanować nad opętanym bibliofilem z choćby kilkoma groszami w portfelu, które może wydać na książki.

poniedziałek, 8 lipca 2013

[Banialuki #1] Niemiłość, czyli miłość w ksiażkach dla nastolatek.



Bóle dupy czas zacząć. Blog już wstępnie zmodernizowany, czas na kolejny krok – chcielibyśmy zaprezentować Wam cykl tekstów, dłuższych lub krótszych, o tematyce wkurwiającej teoretycznie niegodnej, pochwalnej, i jeszcze kilku innych tematykach, które w głębi serca, duszy i czasem portfela, chcielibyśmy poruszyć. Co za tym idzie: będziemy narzekali, obrażali, pieprzyli farmazony od rzeczy, a to wszystko zostanie zwieńczone bezcelowym wnioskiem,  którego nastawienie będzie zależało od danego testu. Nie śmiemy, rzecz jasna, uchodzić za Bóg wie jakich znawców, pisarzy i recenzentów, chcemy tylko podzielić się naszą opinią, tezami i stwierdzeniami.

Pomysł na ten cykl zrodził się w Śliwkowej głowie w momencie, gdy zobaczył on w komentarzu na stronie paranormalbooks.pl zdanie jednej z użytkowniczek, która twierdziła, że lubi tego bloga, bo wyrażam rzetelną opinię o wątkach miłosnych w książkach. Dziwne to było uczucie, czytać o swoim blogu komentarz, napisany przez osobę, której zupełnie nie znam i w dodatku twierdzącą, że pisanina która śmiemy prezentować nie ocieka beznadziejnością zalewając wszystko wokół. Tak samo dziwne, jak miłe (Dziękuję!).



Ale! Bóle czas zacząć. Miłość!
Czym jest miłość? Niejeden człowieczyna - mądry, średnio mądry i pisarz niemądry - próbował odpowiedzieć na to pytanie. Ja definiuję miłość, jako zażyłą relację między dwiema osobami (nie, żeby ze mnie jakiś homofob, ale przyznam, nie kusi mnie do czytania o homoseksualistach, jednak żeby nikogo nie urazić trzymajmy się tych ogólnych ‘’osób’’ [chociaż lepiej, żeby czasem one przestały trzymać się nas]) które dla siebie są w stanie niemal zrobić wszystko, które ufają sobie bezgranicznie i które kochają nie z jakiegoś powodu, ale pomimo jakiegoś powodu, bo to próby uczą nas samych, a te cechy, które zaliczamy do ‘’pomimo’’ są jak płotki w biegu do drugiej osoby.

Ja sam, mimo iż facetem jestem, dobrym wątkiem romansowym nie pogardzę. Tu trzeba zadać sobie pytanie: jak wygląda dobry wątek romansowy? Mnie wystarczą dwie cechy: niebanalność i prawdziwa miłość. Skąd tu to ‘’prawdziwa’’?

A stąd, że obdzierając nastolatkowe opowieści stwierdzam: one nie prezentują miłości!

 



Pod względem uczuć wygląd powinien ograniczać się do tego, by przykuwać uwagę osoby, na której nam zależy. Tyle. Obserwując popularne wśród nastolatek książki dojść można do wniosku, że jest zupełnie na odwrót – to umysł zwraca uwagę a wygląd powoduje ‘’zakochanie’’. Idealny przykład? ‘’Dotyk Julii’’. Dlaczego bohaterowie się poznali? Bo Julia ma dar (czynnik umysłowy). Dlaczego piękny chłoptaś ja pokochał? Bo była ładna! (czynnik wizualny). Jest to zupełne zaprzeczenie romantyzmu tych wszystkich małolat, które z racji pałania uwielbieniem względem niektórych powieści uważają się za wielce romantyczne i niesamowicie uczuciowe. Okazuje się, że nie chcą prawdziwej miłości, że nie interesuje ich uczucie głębokie i prawdziwe – chcą, żeby tępy przystojniak je objął i powiedział, że są boskie, jedyne w swoim rodzaju i (o ile nie przytyją) on bardzo chętnie się z nimi ożeni.

Jak ma się zatem większość paranormal romansów do prawdziwych uczuć? Nijak! Jeśli uczucia opierają się na wyglądzie (‘’Czerwień rubinu’’, ‘’Wybrani’’, ‘’Zmierzch’’, ‘’Pamiętniki wampirów’’ i wiele, wiele więcej) to nie jest to nic ponad  zwykłego, głupawego, nastolatkowego zauroczenia i nazywanie tego miłością jest błędem. Czy zamiast nazywać te książki love story powinniśmy je nazywać… infatuation, albo fascination story? Czy może wprost, po naszemu – historia o zauroczeniu?
Zrozumieć oczywiście trzeba, że nie zawsze uda się rozwinąć doskonały wątek miłosny – często ogranicza twórców czy to temat, czy objętość, czy kilka znanych tylko im czynników (prawdopodobnie zawiłości fabularnych) które nie pozwolą na rozwinięcie się uczuć, po co jednak wówczas w ogóle je rozwijać? Niech sobie będą, ale chociaż prawdziwe, a nie: oh, jaki on piękny i niebezpieczny, chyba pokocham go od pierwszego wejrzenia, bo przy drugim to chyba kopytka wyciągnę.

Teraz chciałbym poruszyć element, który czai się pewnie w głowach większości osób czytających ten tekst (swoją drogą, szacun, że dotarliście tak daleko) – przecież on nie jest nastolatką! Może po prostu tego nie rozumie?
Spotkałem się z opinią, że żeby zrozumieć te książki, trzeba być nastolatką – czy aby na pewno?
Śmiem twierdzić, że nie. Trzeba być nastolatką, żeby się w to wczuć, ale nie ma to nic wspólnego ze zrozumieniem.
Gdyby ktoś mi powiedział: to książka dla nastolatków, przeczytaj, spodoba Ci się – strzeliłbym fochem jak nic.
Tłumaczę dlaczego bym się obraził (to tłumaczenie prawdopodobnie zaleje mnie później falą hejtu, ale co tam, raz się żyje!). Tu trzeba zasięgnąć do bohaterek: Bella, Nora, Elena są… normalne. Tu, w słowie normalne zawiera się wiele innych słów: szare, nijakie, niewyróżniające się z tłumu, niestroniące od książek ale często nie czytające ich wiele, zakompleksione – czyli takie, za jakie uważają się osoby, które z tymi bohaterkami się utożsamiają i które w efekcie pragną, by przystojniak chwycił je za kopytka i poniósł hen hen do odległych krain, gdzie będą niesamowite i wielbione – bo takie później okazują się dane bohaterki.

Wielu stwierdzi: co z tego? Przecież te książki służą tylko rozrywce! Po co je tak analizować, skoro nikomu to nie przeszkadza, bo wszyscy się przy nich doskonale bawią? Cóż, mnie przeszkadza. Przeszkadzają te emocjonujące recenzje, twierdzące jaki to wątek był wspaniały, że oni się tak kochają. Z jednej strony nie muszę ich czytać, mogę olać i przejść do następnej, ale nie wiemy przecież o czym będzie recenzja: czytam, i po raz n-ty widzę zachwyt nad rzekomą uczuciowością danej powieści. Przeszkadza mi ta hipokryzja nastolatek, które zachwycone romansidłem twierdzą, że rozumieją prawdziwą miłość. A tak ogółem, to po prostu smutne, że ta romantyczna, piękna część naszego społeczeństwa, która czyta książki, zachwyca się pierdołami tak papierowymi i żałosnymi.


Podsumowując:

 Uważam większość romansów i wszystkie paranormal romanse za zupełnie bezwartościowe pod względem miłości gnioty, które zamiast propagować prawdziwe i głębokie uczucia mówią o tym, że najważniejsze jest znaleźć przystojnego chłopaka i wielbić jego wygląd na wieki, samemu będąc szarą, nijaką i cichą myszką, która tylko stwarzała takie pozory, bo tak naprawdę, to jest szarą, nijaką i cichą myszką, ale bezgranicznie zakochaną! Czy stwierdziłem, że czytelniczki ich są głupie? Nie? To dobrze. Nie każdy przecież, kto je czyta, zachwyca się nimi. Niektórzy po prostu lubią lekkie i niezobowiązujące umysłowo historie – nic mi do tego. Sam czasem takowe czytam. Ale proponuję zastanowić się nad tym co, kto i dlaczego pisze, bo jeszcze jeden ‘’Zmierzch’’ i idzie wybuchnąć.


Ciekawym, jak odniosą się do tego fanki tegoż gatunku, których niestety nie brakuje. Uprzedzam – nie uważam się na eksperta ani w sprawie miłości, ani w sprawie romansów ani tym bardziej w sprawie miłości w romansach (nie czytałem przecież żadnej książki Jane Austen!), warto jednak zastanowić się nad tym, co (głównie) pisarki nam proponują, bo śmiem zauważyć, że jest to niewymagająca wysiłku umysłowego szmira, pełna ochów, achów i jęków o piękności, a w której brakuje prawdziwych uczuć, czyli czegoś, czego rzekomo tak mocno pragną czytelniczki. Tekst w sumie pisany dlatego, że często naciąłem się chcąc przeczytać ciekawą młodzieżówkę a dostając żałosny romans.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...