sobota, 29 czerwca 2013

Ballada o losie, czyli ''Drozdy. Dotyk przeznaczenia.''




Zacząć trzeba od okładki. Wielu się nie podoba, co mogę zrozumieć, ale dla mnie jest przepiękna. Może modelka to nie jest jakaś klasyczna piękność, może ogółem wygląda to dziwnie i ciut przerażająco, z domieszką chaosu i dziwności, ale taka jest ta książka. Pierwsze co nasunęło mi się na myśl, to określenie jej jako industrialną, w sumie nie wiem dlaczego. W każdym razie, mnie się podoba, a w dodatku pasuje do książki jak mało która. Nie to, żeby okładka zawsze musiała być dopasowana, ale stworzyć grafikę obrazującą całą książkę to już sztuka, a tu udało się to niemal idealnie.

Fabuła, to trzeba powiedzieć od razu, jest oryginalna na tyle, by się nią zachwycić, niebanalna na tyle, by chcieć poznać jej więcej i skonstruowana tak dobrze, że zapada w pamięć i powoduje tęsknotę podczas niepoznawania jej. Jest to mroczna, bardzo przejmująca, opowieść, w której autor zgrabnie i z finezją połączył thriller, który nie daje czytelnikowi odejść od książki, kryminał, który rozbudza wyobraźnie jak niemal nic innego, sensację, która powoduje burzę emocji oraz element fantastyczny, który zgrabnie spaja i dodaje głębi całemu, wykreowanemu w tejże powieści, światu. Dodatkowo mieszankę tę napędza fakt, że oprócz wyżej wymienionych gatunków jest to także bardzo solidna powieść drogi. Wspaniałości!

Kolejnym elementem, który zasługuje na pochwałę, jest główna bohaterka. Z jednej strony twarda, cyniczna baba z jajami, która je jak robotnik, dobre serce zamieniła na świetne nogi a współczucie względem innych ludzi ograniczyła do minimum, którą spokojnie można nazwać ‘’dupkiem’’, z drugiej natomiast normalna dwudziestolatka, która stłamszona, odzywa się tylko kilka razy. Nie, żeby jakieś rozdwojenie jaźni, ale dwie strony głównej bohaterki są bardzo widocznie rozdzielone, i obie są fantastyczne! Miriam jest bohaterką, której humor, cyniczność oraz jej historia sprawia, że można ją polubić od pierwszej strony.

A propos humoru. Specjalnie dwa akapity wyżej pominąłem jeden ważny element, po to, by opisać go teraz, zasługuje on bowiem na osobny akapit. Humor zarówno głównej bohaterki jak i innych bohaterów robi z tej powieści niemal komedię, a w połączeniu z mrocznym klimatem dostajemy doskonały przykład czarnej komedii, zdecydowanie najlepszej jaką czytałem. Przyznać trzeba, że autor doskonale przemyślał ten aspekt, bo żarty nie są żałosne ani wymuszone ale nie dość, że ciekawe, to jeszcze intrygująco wplątane w fabułę, co stawia Miriam, obok takiego żartownisia jak sam Myron Bolitar. Swoją drogą, doskonale by się dogadali.

Miłość. Jest. I, tu, uwaga, nie padnie słowo ‘’niestety’’! Uczucia są bowiem tak ciekawie wplątane, tak nie nachalne, tak naturalne i interesujące, że w zasadzie wszystkie nastoletnie fanki ‘’Zmierzchu’’ wydałby jęk rozpaczy, natomiast wszyscy zwolennicy ciekawego ukazywanie emocji okrzyk zachwytu. Więcej, jest nawet typowy ‘’trójkącik miłosny’’ i tu także nie padnie zrezygnowane westchnienie żałości, bowiem do typowych miłosnych trójkątów to mu bardzo, bardzo daleko. To nie jest tak, że ja jestem antyfanem romansów, ja po prostu lubię romanse niebanalne, a ten, w granicach rozsądku oczywiście (niewiele bowiem da radę wykrzesać z romansu) jest bardzo dobry.

Podsumowując: książka dla fanów ciekawego i niebanalnego mroku, którego wykorzystanie zajęło autorowi więcej niż 15 minut zastanowienia. Jest to powieść, która z racji swojej wszechstronności zachwyci wielu czytelników. Nie jest to literatura godna nobla rzecz jasna, ale nadal doskonałe, wciągające, emocjonujące, brutalne, dynamiczne i momentami bardzo zabawne czytadło. Wydawnictwo po gafie jaką zrobiło wydając książkę Felicjańskiej powoli odsuwa się od wizerunku tandeciarzy i zyskuje miano wydawcy literatury niebanalnej, a może nawet kontrowersyjnej.
A okładka jest piękna!

Autor: Chuck Wendig
Tytuł: Drozdy. Dotyk przeznaczenia
Część: I
Okładka: miękka, ze skrzydełkami
Stron: 318
Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 7,5/10
 

piątek, 28 czerwca 2013

Lini Taylor: Dni krwi i światła gwiazd


Po przeczytaniu pierwszej części byłam zachwycona i nie mogłam się doczekać kiedy będzie następna część. Niestety mój zachwyt nad książką szybko zgasł, a co więcej pożałowałam jej kupna. Niestety ta część zawiodła mnie. Od pierwszych stron nie mogłam sobie przypomnieć co było w poprzedniej części. Mieszały mi się losy Karou i Madrigal. Książka jest napisana w sposób chaotyczny. Raz poznajemy losy jednego bohatera, a zaraz innego, a później w ogóle niesiemy czyje są to już losy. Wielki chaos.

Czytając książkę miałam trudności z zapamiętaniem treści, bo było za dużo informacji i zdarzeń. Nawet nie przeszkadzał mi brak wątka miłosnego. Ale w zamian tego oczekiwałam akcji i emocji. Niestety, choć dużo było akcji i ,,ciekawych rozlewów krwi” , opis był za biedny. Bitwa, walka trwała kilka zdań. Co powinno wzbudzać ciekawość czytelnika i wzbudzało to za szybko się kończyło. Brak ciekawych i emocjonujących opisów walki.

Czytając książkę myślałam tylko autorka ma fantazję i świetną wyobraźnię. Jej pomysły są genialne, a fabuła wciągające i bardzo ciekawa. Ale pytam się jak można zepsuć taką świetną książkę i fabułę? No jasne brak umiejętności w pisaniu czyżby?

Ostatnich około 120 stron. Jest to rewelacja. Czytając nie mogłam się oderwać od książki chciałam więcej i więcej. W końcu rozbudowane wątki choć mogły by być lepiej i akcja. Zastanawiałam się co się stało? Większa część książki jest słaba, a tu nagle rewelacja. Za końcówkę brawo.

Okładka w oryginale jest śliczna, ale ta jest kiepska. Zniechęca do kupna, jest okropna. Jestem ciekawa dlaczego książki są takie drogie, a okładki większości są brzydkie. Dlaczego wydawnictwo to robi, bezsens. Chociaż  nie wolno oceniać książki  po okładce. Wygląd książki w środku jest podobny jak w pierwszej części.

Choć oceniłam ostro tą książkę to jednak warto ją przeczytać. Ciekawe są losy  Karou. I jestem bardzo ciekawa co będzie w następnej części. Tytuł brzmi ,,Sny bogów i popiołów”, hmm ciekawy tytuł. Mam nadzieję, że ksiązka okaże się też ciekawa. Mam nadzieję, że sprosta moim oczekiwaniom.

Autor: Lini Taylor
Tytuł: Dni krwi i światła gwiazd
Okładka: miękka ze skrzydłami
Część: II
Stron:349
Wydawnictwo: Amber
Ocena: 5/10

czwartek, 27 czerwca 2013

Ramez Naam: Nexus




Science fiction niemal nie może obejść się bez pewne dozy filozofii. Rozmyślania o przyszłości – naszych losach, efektach działań podejmowanych teraz, skutkach rozwoju – zawsze pobudzały myślenie o ideologiach, ich słuszności i błędach. Pisarze Sc-fi często, tak jak i w tym przypadku, nie tworzą świata od podstaw, ale opierają go na teraźniejszości, rozwijając elementy naszego, współczesnego świata. Czy jest to dobra droga, czy nie, to już zależy od tego jak kto ją wykorzysta. Ramez Naam wykorzystał ją w sposób wspaniały. Przyszłość w jego książce, poprzez oparcie swoich domysłów na współczesności, zakrawa o niebezpieczny i wielce fascynujący realizm, przez co napawa to lękiem, któż bowiem mógłby przypuszczać, że przyszłość będzie aż tak straszna.

Odpowiedzialność . Coś, co według naukowców ich nie dotyczy. Rozterki moralne idą na bok gdy człowiek stoi przed odkryciem, które zrewolucjonizuje świat. W tym momencie trzeba sobie postawić pytanie: czy wynalazki zawsze działały na korzyść człowieka? Co stanie się, jeśli dany pomysł, myśl lub idea ewoluuje w coś, czego pomysłodawca nie przewidział? 

Idealnym przykładem tu będzie nasza rodaczka Maria Skłodowska - Curie. Wynalazła coś, co miało leczyć, a co ewoluowało w bombę atomową. Autor stara się przekazać, że nasze wynalazki, myśli i idee nie należą do nas. Prywatność to tylko imitacja. Facebook pokazuje, jak łatwo się tej imitacji pozbyć. Biorąc za przykład wyżej wymienioną noblistkę i analizując jej historię poprzez poglądy autora można dojść do wniosku, że nawet, gdyby wiedziała co stanie się z jej wynalazkiem powinna go udostępnić, bo nasza wiedza tak naprawdę nie jest nasza, tylko należy do ogółu. Czy słusznie?

Zaufanie i naiwność. Element, który stał się prześladowcą wielu, nie tylko naukowców, ale osób różnych profesji. Główny bohater jest przekonany, że ludzie mimo, iż są w stanie wykorzystać jego wynalazek w złych celach, w ogólnym rozrachunku zrobią z niego użytek na rzecz dobra. Problem jednak w tym, ile sił, żyć i czasu zajmie eliminacja jednostek chcących wykorzystać Nexusa dla własnego dobra. Czy warto zaufać ludziom? Trzeba cofnąć się do podstaw. Czy gdyby pistolet nigdy nie powstał byłoby lepiej? Tak, bo bandyci nie mieliby czym strzelać, nie, bo policjanci nie mieliby czym strzelać. Każda inwencja niesie za sobą złe i dobre skutki, trzeba tylko ocenić, których jest więcej. Według autora, tych dobrych, ja nie jestem co do tego przekonany.

Prywatność. Czy tak łatwo jest wyzbyć się barier? Wspomniany wcześniej Facebook pokazał, że dla wielu bariery te już dawno przestały istnieć, jednak większość trzyma się ich kurczowo. Czy gdyby na świat weszła technologia mogąc połączyć umysły, a co za tym idzie zdecydowanie utrudnić utrzymanie swoich myśli tylko w swojej głowie nikt nie miałby nic przeciwko? Pozwolilibyście czytać swoim rodzicom, ukochanym, sąsiadom w swoich głowach bez przeszkód? O ile rozmyślania nad rozwojem technologii ogólnie prowadzą w większości ku dobru, element czytania w ludzkich umysłach to zdecydowanie za dużo. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jesteśmy wolni, a wolność opiera się na spełnianiu swoich zachcianek, w tym zażyciu Nexusa, ale czy wolność jednego – opuszczenie barier myślowych swoich oraz innych – nie narusza wolności drugiego? Czy technologia ta zmusiłaby osoby, które nie chcą jej zażyć, do usunięcia się w cień, bo wkroczą teraz jednostki mądrzejsze?

Przyznać muszę, że ‘’Nexus’’ namieszał mi w głowie. Jest to książka, która zadaje mnóstwo pytań a dostarcza minimum odpowiedzi. Inteligentna – to trzeba jej przyznać. Wciągająca – jak najbardziej. Elementem, który mnie zawiódł, był styl, bo finezję w słowie wypełniła naukowa rzeczowość. Nie twierdzę, że jest napisana źle, ale mało błyskotliwie. Cała powieść ogółem zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Jest to jedna z tych książek, które nie tyle zmieniają światopogląd, ale ukazują nowe horyzonty, nowe ścieżki i mnóstwo nowych możliwości. Książka dla każdego, bo fani Sc-fi będą się przy niej doskonale bawić, natomiast laicy w tym gatunku odkryją wiele nowych rzeczy.

Autor: Ramez Naam
Tytuł: Nexus
Część: I
Okładka: miękka
Stron: 442
Wydawnictwo: Drageus
Ocena: 8/10

niedziela, 23 czerwca 2013

Błażej Przygodzki: Z chirurgiczną precyzją



Szczerze, nie wiem kto nazwał tę książkę thrillerem medycznym, ale wychodzi na to, że w życiu takowego nie czytał. To, że książka jest (średniawym, bo średniawym, ale jest) kryminałem dziejącym się w szpitalu i jego okolicach w żadnym wypadku nie robi z niej thrillera medycznego. Ja osobiście takowych nie lubię (thrillerów medycznych) i może właśnie dlatego, że do tego gatunku książce tej trochę brakuje, powieść sama w sobie całkiem mi się podobała. Nadmienić tu trzeba, iż bliżej tej książce do powieści obyczajowej z elementami kryminału niż do wyżej wymienionego gatunku z kitlami i napięciem. Thriller powinien być mroczny, powinien trzymać w napięciu, powinien lekko przerażać a thriller medyczny powinien mieć wszystkie wyżej wymienione rzeczy, tylko powinien dziać się w szpitalu… lub środowisku quasi-szpitalowym (jacyś psychopatyczni lekarze, czy coś w ten deseń).

Nie mam zamiaru zarzucać tu komukolwiek kłamstwa, lecz zakwalifikowanie tej książki do tego gatunku jest niczym więcej, niż chwytem marketingowym. Głupim, bo fani tego gatunku się zawiodą, a ludzie, którzy za nim nie przepadają, nawet tej książki nie tkną, ale cóż, jak już jest, to niech będzie, w sumie dosyć głupio brzmiałoby ‘’powieść obyczajowa, z elementami kryminału i thrillera medycznego’’ więc prościej, ładniej i chwytliwiej będzie wrzuć go do worka z powieściami McClure’a, Cooka i innych, specjalizujących się w tym gatunku pisarzy. Dobra, ale nie czepiajmy się gatunku – to tylko metka i choć określa w jakiś sposób książkę nadal pozostaje tylko metką, która można zignorować, co też chętnie czyniłem.

Książka sama w sobie nie jest niczym więcej, jak średniawym czytadłem. Opisuje losy kilku lekarzy, skupiając się na Hubercie Kłosowskim, oraz kilku policjantów, ze szczególnym względem dla komisarza Niedźwieckiego. Historia jest opisywana z kilku perspektyw, co samo w sobie jest pomysłem dobrym, lecz marnie wykorzystanym, bowiem w tym natłoku głosów brakuje elementu, który spajałby to wszystko wciągając czytelnika w świat zawikłanych problemów i niejednoznacznych rozwiązań. Ostatecznie dzieje się tak, że zamiast wciągającej historii widzimy potencjalną fabułę kolejnego średniawego odcinka W11, Detektywów, Malanowskiego i partnerów lub innego serialu tego typu.

Pierwszym elementem niewątpliwie zasługującym na pochwałę jest ta medyczna strona książki. Z jednej strony jest ich odrobinę za dużo, ale pod względem ogółu daje to poczucie, iż jest to świat, którego nie znamy i przenosi czytelnika w obszar niezbadanych medycznych terminów oraz tajemniczo i groźnie brzmiących zwrotów. Podobało mi się to, szkoda jednak, że żadne z tych nieprzeniknionych słów mogących równie dobrze oznaczać zawał serca jak i łaskotanie stóp nie zostało wyjaśnione. Nikt przecież nie czyta z otwartą encyklopedią medyczną lub włączonym Google na wszelki wypadek, gdyby pojawiło się jakieś słowo, którego nie znamy.

Kolejnym ciekawym aspektem są bohaterowie. Jak zapowiadała okładka, tym razem mówiąc prawdę, książka posiada postacie ‘’wyraziste’’. Przyznać muszę, że co jak co, ale bohaterów polubiłem. Może byli czasami dosyć drętwi i sztuczni, ale można im to wybaczyć, bo są to chwilowe potknięcia. W tym względzie nie mam książce niczego do zarzucenia, przeciwnie, można brać z niej przykład. Rzadko zdarza się, by książka osadzona w polskich realiach posiadała bohaterów, którzy są tak fajnie… naturalni. Nie emanują tą swoistą dla naszych pisarzy tandetną polskością, ale są obdarzeni pewną dozą neutralizmu i uniwersalności, po powoduje, że można ich polubić, a nawet się z nimi zżyć, co występuje w naszej rodzimej literaturze zdecydowanie zbyt rzadko.

Podsumowując: jest to całkiem zgrabne czytadło z pogranicza thrillera medycznego i kryminału. Doskonałe dla osób, szukających ciekawej, lecz niewymagającej intrygi, pełnokrwistych i fascynujących bohaterów oraz dla osób, które lubią się przy książce odprężyć. Bardzo zgrabne powieścidło, które wciąga czytelnika na tyle, by delikatnie zaprzątać jego myśli podczas codziennych obowiązków. Lektura zdecydowanie nie fenomenalna, ale posiada pewną magię, i sądzę, że warto zwrócić na nią uwagę, poszukując czegoś klasycznego, wciągającego i chcąc dać odpocząć swoim zmysłom.

Autor: Błażej Przygodzki
Tytuł: Z chirurgiczną precyzją
Część: -
Okładka: miękka
Stron: 339
Wydawnictwo: Wyd. Literackie
Ocena: 6/10
 

piątek, 21 czerwca 2013

[film] Tylko Bóg wybacza, widz niestety nie.


Tytuł prawdę Ci powie – Bóg wybacza, lecz ja, jako widz, nie wybaczam.

Poudawajmy koty:
- miał być fenomenalny klimat,
- miał mieć niebanalną fabułę,
- miał być wszechogarniający geniusz,
- miał być wspaniały soundtrack,
- miał byś genialnie zagrany,
- miał być niesamowitym widowiskiem…
ALE NIE BYŁ!

Okazał się TANIM, ŻAŁOSNYM show, PSEUDOINTELEKTUALNYM i PSEUDOARTYSTYCZNYM pokazem tandety.
Ale od początku.
Trailer jak to trailer – ma zachęcić. Skuszony wspaniałą reklamą pełen nadziei wyruszyłem do kina. Tam jakiś wkurwiający brzęczyk nie dawał skupić się na filmie i fakt, że od początku mi się nie podobał, zrzuciłem właśnie na to coś. Lecz później doszedłem do wniosku, że to nie brzęczyk, że to po prostu film jest słabą imitacją sztuki. Że moje oczekiwania pozostaną niespełnione i będą musiały obejrzeć sobie znowu ‘’Kill Bill’’, bo ten zlepek scen (ciężko nazwać to to filmem) w żadnym stopniu ich nie zaspokoi.

Pierwsze co rzuca się w oczy to ten KICZOWATY i TANI czerwony blask ogarniający wszystko wokół. Tandeta aż wylewała się z ekranu. Liczyłem na wspaniały klimat, lekko teatralny, z domieszką grozy, mroku i interesującego napięcia. Dostałem żałosne światło… Żeby było ono chociaż użyte jakoś ze smakiem, umiejętnie i ładnie, ale nie!, wpierdolili tę czerwień gdzie się dało, co wizualnie wyglądało jak kącik w tanim burdelu.

Fabuła to jakaś kpina. Wszechogarniający chaos zepsuł absolutnie wszystko, choć gdyby spojrzeć na to z drugiej strony, nie miał też zbytnio czegoś psuć, bo intryga godna jest opowieści Coelho, albo plotek, które z taką namiętnością powtarzają sobie podstarzałe sąsiadki. Zagrane, owszem, ładnie, ale nic nie naprawi tego, że właściwie w filmie niemal nic się nie dzieje. Tu trzeba też wspomnieć o pewnym fakcie prześladującym mnie przez cały film – mimo krótkiego jak na film czasu (90 minut) ciągnął się niemiłosiernie. Przed seansem obawiałem się, że będzie za krótki, bo co można pokazać w 90 minut?, ale po filmie doszedłem do wniosku, że powinien trwać o połowę krócej.

To było jak marne opowiadanie, z którego ktoś chciał zrobić książkę. Sceny rozwleczone do granic możliwości nudzą straszliwie, w dodatku dialogi skonstruowane w taki sposób, że równie dobrze mogłoby ich nie być. Aktorzy, choć zagrali przyzwoicie, dobrani koszmarnie i oglądałem film z przeświadczeniem, że gorszego aktora do tej roli niż Gosling wziąć nie mogli. Ogólnie powinien być to raczej jeden odcinek serialu, a nie pełnometrażowy film, choć nawet jako serial z tak drętwym ogółem nie wzbudziłby we mnie sympatii.

Aspekt dźwiękowy wzbudził we mnie odczucia dosyć… ambiwalentne. Otóż względem ogółu wyglądało to dobrze, lecz gdyby wziąć pod uwagę konkretne jednostki, żadna z nich nie wzbudziłaby mojego zachwytu. Elektroniczne przytupaje z trailera straciły swój urok w momencie konfrontacji ich z filmem, bowiem moment w którym wystąpiły był dosyć żałosny.

Sam zamysł jednak trzeba docenić. Miał (znów te koty!) być to mroczny film powalający genialnością, charyzmą, niebanalnością, który przemówi do wielu ludzi… cóż, do mnie nie przemówił, ale pomysł nie był taki zły. Gdybym miał to porównać do jakiejś konkretnej rzeczy, byłaby to kupa łajna z którego wystaje kilka stówek. Wielkie, śmierdzące, oświetlone na czerwono lampką z pobliskiego burdelu gówno, w które ktoś włożył kilka dobrych banknotów, po to, by dobrze wyglądały na zdjęciu ową kupę reklamującym.

Kpina, tandeta i kicz, a jak ktoś się uprze, to i pretensjonalność tu wciśnie. Pseudoartyzm jest nie do zniesienia. Film na pewno zdobędzie rzeszę fanów – podejrzewam o to ludzi, którzy będą udawali, że go zrozumieli, żeby pochwalić się w towarzystwie, że ten zlepek tanich scen przemówił do nich swoją genialnością i przesłaniem (?) ale ja nie zamierzam tego robić. Wszystkie dobre sceny zostały upchnięte w trailerze i oprócz niego nie warto oglądać nic, co ma związek z tym filmem.

Jeśli ktoś stwierdzi, że ja się nie znam, nie rozumiem, nie potrafię docenić i w ogóle brakuje mi piątej klepki i mnóstwa punktów IQ zapewne będzie miał racje. Rzadko oglądam filmy. Nie potrafię porównać go z tysiącem innych, ale jako widz, który oczekiwał mózgu na ścianie a dostał lampkę z burdelu, czuje się zawiedziony. Dziękuję za uwagę.

Tytuł: Tylko Bóg wybacza
Reżyser: Nicolas Winding Refn
Scenariusz: Nicolas Winding Refn
Głównie role: Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm.
Ocena: 1/10


czwartek, 20 czerwca 2013

Wyniki konkursu!



Na początek chcieliśmy podziękować za tak wielką frekwencję. Szczerze, nie spodziewaliśmy się aż tylu zgłoszeń. Jest to dla nas bardzo ważne, bowiem to dla Was zorganizowaliśmy ten skromny konkurs i niezmiernie nas cieszy ilość osób, które zdecydowały się wysilić swoje szare komórki by odpowiedzieć na to dziwne (powiedzmy sobie szczerze - Śliwkowe) zadanie konkursowe.

Następnie chcieliśmy gorąco i szczerze pochwalić wszystkie teksty. Wybranie zwycięzców okazało się niezła książką do zgryzienia. Wasze odpowiedzi były fenomenalne i bardzo ubolewamy nad tym, że możemy wyróżnić tylko dwie osoby.

Choć zwlekaliśmy z tym najdłużej jak mogliśmy kiedyś musimy ujawnić zwycięzców. 

''Wybrani'' oraz ''Trafny wybór'' polecą do...

Martuchy180!

Gratulujemy! 

''Wybrani'' praz ''Przez burze ognia'' będzie gryzło użytkowniczkę...

Mik!

Gratulujemy!

Było dużo ciężej wybrać zwycięzców niż sobie to wyobrażaliśmy. To tak, jakby wybrać najlepszych z najlepszych. Wszystkie teksty wzbudziły w nas jakieś emocje i szczerze powiedziawszy, gdybyśmy mogli, nagrodzilibyśmy wszystkie.

Wszystkim uczestnikom gratulujemy i życzymy powodzenia w następnych konkursach (które, mam nadzieję, już niedługo).

sobota, 15 czerwca 2013

C.J. Daugherty: Wybrani



Czego spodziewałem się od tej powieści?
Tandetnego romansidła, pełnego nadętych boskich przystojniaków, głupawych szarych i niemrawych bohaterek, miłosnych rozterek, tajemnic poliszynela, stylu rodem z gimnazjum, intrygi godnej sąsiedzkich ploteczek, jeszcze więcej miłosnych rozterek, zwrotów akcji wziętych żywcem z mszy świętej, mHroku (to H jest bardzo ważne) i wiele więcej elementów typowych dla współczesnych powieścideł, którymi z takim zaangażowaniem większość czytających raczy się i zachwyca współczesna młodzież.

Co dostałem?
Oceniając fabułę tej powieści nie potrafię zrobić tego inaczej niż wyrazić swoją, jakże skromną, opinię, o pierwszej i drugiej połowie tej książki – inaczej opinia byłaby niepełna. Otóż – przez pierwszą połowę książka spełnia niemal wszelkie kryteria kolejnego powieścidła dla przygłupich nastolatków z mnóstwem schematycznej miłości opartej tylko na wyglądzie, ‘’tajemnicą’’ która niemal nikogo nie wciągnie oraz bohaterką, która z niegrzecznej chłopczycy malującej sprayem drzwi dyrektora staje się kolejną, zakochaną idiotką.

Druga połowa przedstawia się dużo, dużo bardziej interesująco. Bohaterka nadal jest wyidealizowaną, lekko przygłupią na pierwszy rzut oka dziewczyną, która straciła swój charakter na rzecz szminki i przyjaciółek. Miłość nadal przewija się między stronicami niczym tęczowa rzeka, w którą chciałoby się tęczowo wyrzygać… ale! Dwaj przystojniacy nabierają w końcu trochę charakteru, wyrazu – elementu, czego zdecydowanie brakuje innym tępym boskim modelom z młodzieżowych książek.
Elementem, który najbardziej wyróżnia tę powieść na tle innych rzewnych książek dla młodzieży jest niewątpliwie intryga, jaką autorka nam zaserwowała. Przez całą książkę coś ‘’wisi w powietrzu’’ i jest to zrobione na tyle dobrze, by chcieć to poznać oraz skonstruowane na tyle przemyślanie, by nie denerwować czytelnika, słowem – fantastyczne!

Nie jest to oczywiście powieść lotów bardzo wysokich – emanuje z niej taki Harry Potter, że momentami dosyć ciężko to znieść. Tajemnicza szkoła, ciut przypominająca zamek – jest. Główny bohater, który okazuje się dużo ważniejszy niż sam przypuszczał – jest. Profesor McGonnagal w postaci bibliotekarki – jest. Tajemniczy las, do którego nie wolno wchodzić – jest. Przyjaciółka pomocna niczym Ron i kujoniasta niczym Hermiona – jest. Przykładów jest jeszcze więcej, ale nie o przykłady tu chodzi – jest to książka może nie nachalnie, ale zauważalnie inspirowana powieściami J.K. Rowling. Rzecz jasna nie na tyle, by zarzuć tu plagiat, ale moim skromnym zdaniem inspiracja jest zbyt widoczna.

Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ta książka. Wątek romansowy przypomina mi trochę ten z ‘’Igrzysk śmierci’’ – jest dosyć solidny, lecz fabuła nie pozwala wybić mu się na przód, co powoduje, że ci, którzy nie lubią romansów w książkach będą mogli na niego przymknąć oko, a ci, którzy lubią, będą mogli delektować się uczuciami lecącymi gdzieś w tle. Jest to historia dużo lepsza niż zakładałem na początku i, szczerze przyznać muszę, że już wyczekuję kontynuacji.

 Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: Wybrani (Night school)
Część: I
Okładka: miękka
Stron: 432
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Ocena: 7/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...