wtorek, 26 lutego 2013

Joseph Delaney: Starcie demonów



Szósty tom ‘’Kronik Wardstone’’, serii o uczniu stracharza, Tomie Wardzie, który wraz ze swym mistrzem przemierza Hrabstwo oczyszczając je z męt i sług mroku, przenosi nas w miejsca tej serii nieznane. Po wydarzeniach z części poprzedniej, czyli opisując krótko -  wsadzeniu kija w mrowisko – Tom, wraz z Alice dostają od jego matki pewną ofertę. Proponuje im ona wyjazd do Grecji, w której za jakiś czas ma pojawić się, jak co siedem lat, bogini Ordyna, potężna i zła, siejąca spustoszenie i grozę władająca potężnymi mocami kobieta pragnąca władzy.

Przyjęcie propozycji matki, mimo ryzyka i niemal pewnej śmierci, jest od początku całkowicie pewne. Jednakże nie obędzie się bez sporów, bowiem Ordyna jest zbyt silna, by walczyło z nią kilka, nawet świetnie wyszkolonych, osób. Masowa organizacja zahacza o czarownice, potwory i inne męty. Stracharz kategorycznie sprzeciwia się wyjazdowi z takim towarzystwie – sprzymierzenie się z mrokiem, nawet dla zwalczenia większego mroku, jest niedopuszczalne. Mimo sprzeciwu nauczyciela Tom nie zmienia zdania, jak się okazuje, całkiem słusznie.

Od początku książki widać pewne zmiany, które odrobinę dziwią. Po pierwsze, co jest zmianą na dobre – książka została uzupełniona o mapkę miasta, co ułatwia sprawę przy wyprawach  bohaterów, spis symboli oznaczających potwory, co choć niezbyt trudne do zapamiętania, jest ciekawostką, z którą warto się zapoznać oraz – co jest zmianą pod jednym względem dobrą a pod innym złą – stylistycznie dokonano pewnych poprawek. Teoretycznie powinno to cieszyć, lepiej przecież czytać książkę do której tłumaczenia przyłożono się bardziej niż do poprzednich części, lecz, może nie drastyczne, ale jednak zmiany te wpływają na ogół książki  moim zdaniem negatywnie.

Mimo iż teraz jest to napisane lżej i odrobinę zgrabniej, denerwującym aspektem tej zmiany są dialogi. Przyzwyczajeni do dystansu z jakim odzywał się Bill Arkwright oraz normalnych odzywek Alice teraz pierwszy zwraca się do bohatera ‘’mości Wardzie’’ co zupełnie do niego nie pasuje, a młoda czarownica powtarza co raz ‘’o, tak’’ co zastąpiło wszechobecne w poprzednich częściach ‘’toteż’’. Rozumiem, że miało być lepiej – ale przydałoby się więcej konsekwencji.

Konstrukcją od swoich poprzedniczek nie różni się niemal niczym. Zaobserwować tu jedynie można, jak chaotyczna robi się akcja i jej tempo gdy skala zła wzrasta. Nie ma co ukrywać – bogini to nie jakaś podrzędna czarownica – zatem i tępo musi być większe. Chaotyczność, zmiany w stylistyce i rozbudzająca się, lecz na szczęście nadal nie nachalna, uczuciowość w żaden sposób nie przyćmią oryginalnej i ciekawej fabuły, błyskotliwych bohaterów i świetnej akcji.

Autor: Joseph Delaney
Tytuł: Starcie demonów
Okładka: miękka
Część: VI
Stron: 341
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 6,5/10


poniedziałek, 25 lutego 2013

Anna Onichimowska: Hera moja miłość



Książka ta w moje literackie łapki wpadła z dosyć błahego, żeby nie rzec głupiego, powodu – musiałem wyrobić normę wypożyczonych książek w szkolnej bibliotece. Zawsze wolałem kupić własną lub skorzystać z biblioteki miejskiej, ale jeśli trzeba, to trzeba, wziąłem zatem z pierwszej lepszej półki trzy najcieńsze książki, żeby nie było ciężko ich nosić, i nie patrząc na tytuły oraz opis, wypożyczyłem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy jedną z nich okazała się książka o narkotykach i narkomanii, czyli jedna z popularnych ostatnio powieści dla młodzieży. Spróbuję – myślę – a co mi tam. Spróbowałem, przeczytałem i nie żałuję.

O samej autorce wcześniej nie słyszałem ani razu. Przeczytawszy o niej krótki tekst na okładce dowiedziałem się, iż jest solidnie zaopatrzona w nagrody oraz uznanie krytyki literackiej, co w zasadzie nie dziwi. Największym zaskoczeniem było to, iż jej powieści zostały przetłumaczone na angielski, włoski, niemiecki, francuski, koreański oraz chiński a w naszych rodzimych, polskich mediach jest jej niewiele. Jak to mówią, cudze chwalicie, swego nie znacie, ja zatem mam teraz zamiar pozachwalać trochę to nasze, swoje.

Na początku dowiadujemy się, iż jest to historia prawdziwa. Poznajemy członków rodziny głównego bohatera, Jacka, oraz jego samego. Chłopak ma ciężką sytuację, bowiem na pierwszy rzut oka widać, iż nie zdaje sobie sprawy z własnego uzależnienia marihuaną. Twierdzi, że to nawet nie narkotyk, jest wolny i robi co chce, zatem popala sobie z dziewczyną, jak to wielu rzekomo wolnych ludzi robi. Sytuacja w domu – upierdliwy brat, zabiegana matka i ciągle pijany ojciec – w niczym nie pomagają, przeciwnie dają kolejny powód, aby się odprężyć.

Jego młodszy brat, Michał, nieświadom zagrożenia jakie niesie ze sobą palenie kradnie matce papierosa. Po spróbowaniu doszedł do wniosku, że mu to nie smakuje, ale jako że jest ciekawski dopatrzył się u swojego brata innych papierosów. Doszedłszy do wniosku, że jego brat robi sobie lepsze papierosy sam, bo te nie smakują też jemu, podkrada jednego. Jest to początkiem tragicznych wydarzeń, przez które niejedna rodzina mogłaby się rozpaść i nie jedna się zapewne rozpadła.

Mimo problemów całkowicie realistycznych w powieści występuje pewien element, który od początku książki daje poczucie pewnej tajemnicy. Może to być po prostu taki chwyt, aby fabuła nie nużyła a może było tak naprawdę, tego nie wiem, wiem jednak, iż podczas czytania siedzi w głowie jak drzazga i trzyma w napięciu: trzeci brat. Dowiadujemy się o nim na początku, a potem nic, pustka. Jakby w ogóle nie istniał. Czy to możliwe, żeby wszyscy zapomnieli o jednym z członków swojej rodziny? Czy to możliwe, żeby jeden z członków rodziny ani razu nie przewinął się przez karty książki? Jeśli miało to na celu utrzymanie pewnej niepewności – udało się, jeśli natomiast on w ogóle nie wystąpi, to po co w ogóle tam go umieszczać?

Odczułem zawód w zasadzie tylko przy jednym aspekcie – stylistycznym. Sposób napisania był zdecydowanie zbyt prosty. Podszedłem do książki bez większych oczekiwań pod tym względem, jednak pewien poziom jest po prostu wymagany na wstępie, a tu było słabo. Jest to kolejny dowód na to, że pisarze i pisarki uważają młodzież za lekko ograniczone istoty, dla których liczy się tylko treść, a wykonanie nie ma znaczenia – otóż ma, przynajmniej dla mnie. Może jestem zwyczajnie za stary na młodzieżowe powieści, ale to smutne, że młodzi ludzie niczego pod tym względem nie oczekują.

Podsumowując: książkę jak najbardziej polecam. Mimo stylu, który mi się nie podobał, uważam tę powieść za interesującą a nawet wartościową, co jest sporym komplementem od kogoś, kto 90% popularnych obecnie książek uważa za bezwartościowe pierdoły. Nie jest to też powieść tylko i wyłącznie dla młodzieży – rodzice wiele skorzystaliby czytając ją. Myślę, że pomogłaby im zrozumieć młodych ludzi, którzy są potencjalnymi klientami dealerów (czyli większość, nie ma co ukrywać)

Autor: Anna Onichimowska
Tytuł: Hera moja miłość
Okładka: miękka
Część: I
Stron: 159
Wydawnictwo: Świat książki
Ocena: 7/10


wtorek, 19 lutego 2013

Joseph Delaney: Pomyłka Stracharza


,,Kroniki Wardstone’’ to cykl, który ciężko jednolicie skategoryzować. Jest to piąty tom tejże serii i nadal mam przeświadczenie, iż jest to utwór, który mija się ze swoją grupą docelową. Powieści te są zaznaczone tagiem 10+ jednak żadnemu dziesięciolatkowi czy jedenastolatkowi nie polecałbym ich, z racji przelewających się przez powieść litrów krwi, wnętrzności i innych obrzydliwości, jednakże inne czynniki tej powieści są jednoznacznie ukierunkowane na odbiorcę młodego, ciężko zatem zatopić się w jej kartach doszczętnie, skoro zawsze jest coś, co nam nie pasuje, odwraca uwagę i przeszkadza.

W tym tomie główny bohater, Tom Ward, staje przed wyzwaniem: czeka do termin u Billa Arkwrighta, byłego ucznia jego mistrza. Niechętnie i nie bez przeszkód wyrusza wraz z Alice i mistrzem na spotkanie, lecz zamiast swojego nowego mentora przyjeżdża nieznajomy człowiek, by zabrać go do Billa. Po przeprawie trafia do Młyna – mieszkania Stracharza – i pech chciał, że nie znajduje go w domu, cóż czynić zatem? Włamuje się i czyta list, mówiący, iż jego tymczasowy mistrz musiał wyjechać. Po powrocie Tom zaczyna trening pełen bólu, siniaków, krwi i… mściwych czarownic.

Być może podczas czytania poprzednich tomów nie zwróciłem na to uwagi, może nie przeszkadzało mi to aż tak mocno, ale doszedłem do wniosku, że coś tu jest nie tak. Rozumiem, że małoletni, do których rzekomo jest kierowana ta książka nie są zbyt wymagający jeśli chodzi o styl pisarza – liczy się, żeby była akcja, walki i tępo lecące na łeb na szyję – ale mnie to przeszkadza. Koszmar, jaki stworzył autor przeraża. Tak paskudnie fatalnie źle jest to napisane, że aż szkoda czytać. Poza tym - nie wiem czy ma tu znaczenie tłumaczenie czy nie – ale tak samo jak w poprzednich tomach natłok słowa ‘’toteż’’ powoduje nerwicowe drgawki i refleksję nad tym, w jak wielu zdaniach można go użyć, żeby się nie przesadzić. Na tej książce można się uczyć jak przesadzić.

W każdym cyklu obejmującym kilka lat od bohatera-dziecka do bohatera-nastolatka następuje  taki moment, że w końcu płeć przeciwna przestaje być fajnym kumplem a staje się fajną dziewczyną (tudzież chłopakiem, w zależności od bohatera). Tak jak styl mnie zwiódł tak dojrzewanie przebiegło wręcz perfekcyjnie – nie nazbyt nachalnie, bez zbędnego wzdychania, pełen stoicyzm. Alice nie biega, nie pokazuje maślanych oczu, Tom nie daje prezentów, nie obsypuje komplementami, świetne – mimo iż trochę nienaturalne – idealne. Mnie osobiście przesadna ekscytacja bohaterów drażni, denerwuje mnie skupianie się na emocjach i rozprawianie o słodko-pierdząco-nieszczęśliwej miłości, tu tego brak, i dzięki Bogu.

Tak na dobrą sprawę, ta część niespecjalnie różni się od poprzednich – nadal jest dużo krwi, akcji, i potworów. Fabuła nadal opiera się na schemacie z poprzednich części, bohaterowie także nie przeżyli żadnych poważnych wewnętrznych (ani zewnętrznych) przemian. Oceniając ją ogólnie, to było dosyć słabo, jednakże jako kontynuacja spisuje się całkiem nieźle i fani poprzednich części na pewno docenią i tę część przygód Toma Warda.

Autor: Joseph Delaney
Tytuł: Pomyłka Stracharza
Okładka: miękka
Część: V
Stron: 412
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 5,5/10 


czwartek, 7 lutego 2013

Mały stosik


  Zacznijmy od góry:

Manuela Dunn - Mascetti: Świat Wampirów od Draculi do Edwarda - mała książka do matury,
L. J. Smith: Pamiętnik Stefano Tom IV Uciekinier - kolejna książka do kolekcji, zakup własny,
Charles Dickens: Opowieść Wigilijna - z biblioteki, ale muszę tą książkę mieć na swojej półce, 
Jonahan Aycliffe: Szepty w ciemności - pożyczone,
Tara Hudson: Pomiędzy - zakup własny,
Jessica Warman: Pomiędzy Światami - zakup własny.

Mamy powody do świętowania. Nasi wspaniali czytelnicy przekroczyli już 10 000 wejść. Za wszystkie wejścia DZIĘKUJEMY!, a także dla naszych obserwatorów, wasza liczba stale się zwiększa. To dla was prowadzimy tego bloga, dzięki wam możemy rozwijać naszą pasję związaną z książkami. Wy nam dajecie dużo satysfakcji i chęci do dalszego prowadzenia bloga.  

wtorek, 5 lutego 2013

Córka sztampy i kości...




Mimo iż książka ta ma już jedną recenzję na tym blogu, postanowiłem opublikować także swoją, trochę odmienną reakcję na tę powieść. Początkowo miałem pewnie obawy przed czytaniem jej – tak szeroko rozreklamowana często okazuje się wielkim niewypałem, skokiem na kasę i banalną historią. W tym przypadku jest to prawda połowiczna. Porównania do Harry’ego Pottera, mnogość recenzji, zachwytów, opinii pełnych zachwytów, ochów i achów oraz pełnych zachwalania zdań z popularnych i cenionych periodyków w końcu zrobiła swoje. Wziąłem, przeczytałem, i mimo potężnego zawodu jaki zaserwowała mi ta książka – nie żałuję.

Fabułę pominę, można poczytać w poprzedniej recenzji, skupię się na zaletach. Na pierwszy rzut oka widzimy wspaniałość – piękna, pełna klimatu, tajemnicy, krętych, ciasnych uliczek i tajemniczych ludzi Praga jest niczym wspaniały, mięciutki i kojący plaskacz w twarz. Zaskakująco dobry wstęp nie jest na szczęście jedyną wspaniałą rzeczą zamieszczoną w tej książce. Dochodzi do tego system magii. Jakże wyjątkowy, niebanalny i ciekawy pomysł na magiczną moc zasługuje na to, by być umieszczonym w najlepszych sagach fantasy.

Świat wykreowany przez autorkę, jakże wspaniały i oryginalny jednak ginie gdzieś w tłumie. Zwykłą powieść fantasy ma określoną rzeszę odbiorców – dużą, lecz wymagającą, a jako że autorka zapewne nie wiedząc czy powieść się przyjmie musiała ją trochę spopularyzować – paranormalnych romansem. Czytając książkę miałem wrażenie, że autorka ma poważny dylemat – bardziej fantasy czy romance? Zdecydowała się na romansidło, nad czym strasznie ubolewam.

Świetny początek powieści i elementy fantasy to jedne z nielicznych zalet tej książki – na przód wychodzi bowiem tragiczna, żałośnie sztampowa ‘’miłość’’, która opiera się JEDYNIE na wyglądzie bohaterów. To przecież nawet nie jest miłość – to zwyczajne zauroczenie. Niestety, jak w każdym paranormal romansie który przeczytałem oraz jak zapewne w większości zauroczenie jest wyolbrzymione do granic możliwości. Koszmar.

Styl pisarki mogę określić jedynie jako: może być. W tej powieści istnieje tylko fabuła, mimo iż osadzona w pięknym świecie o wspaniałym klimacie polegająca głównie na miłości. Talent, jaki by nie był, gra tu drugorzędną rolę. Zatem – czy polecam tę książkę? Odpowiedź brzmi: tak, lecz tylko osobom z tolerancją na paranormal romance – w innym wypadku będzie to męczarnia.

Przy okazji, mam dobrą wiadomość dla fanów tej trylogii: został wybrany producent do jej ekranizacji. Zajmie się tym Joe Roth: współtwórca ‘’Alicji w krainie czarów’’ oraz ‘’Królewny śnieżki i łowcy’’

Autor: Laini Laylor
Tytuł: Córka dymu i kości
Część: I
Okładka: miękka, ze skrzydełkami
Stron: 399
Wydawnictwo: Amber
Ocena: 5,5/10

niedziela, 3 lutego 2013

Religia, Tygrys i Życie Pi



W trakcie czytania miałem masę pomysłów na to, co zamieszczę w opinii o tej książce. Z każdym rozdziałem dochodziłem jednak do wniosku, ze czego bym tu nie napisał, czego bym nie streścił, nie zdradził i nie zachwalał nie oddam nawet w najmniejszym stopniu odczuć, które towarzyszyły mi podczas czytania tej książki. Będę się starał, owszem, ale to syzyfowa praca, albowiem żadna, choćby najlepsza recenzja nie odda niesamowitego klimatu, wyjątkowości i oryginalności tej powieści.

Fabuła ma tu drugorzędne znaczenie, nawet biorąc pod uwagę jej niesamowitość. Piscine Molitor Patel znany bliżej jako Pi Patel jest młodym mężczyzną, synem właściciela zoo. Spędza czas na obserwacji zwierząt, jakże fascynujących, pouczających. Spacerując po zoo widzi niezwykłe dowody przyjaźni i miłości, które fascynują go, zwłaszcza, że nie często widzi coś takie u ludzi. Ten zagubiony i inteligentny młody człowiek zaczyna interesować się religią, i mimo raczej słabej wiary jego rodziców sam ma wiary za wszystkich.

Niestety w zoo nie idzie najlepiej i zwierzęta zostają sprzedane. Choć jest mu ciężko pożegnać się ze swoim krajem widzi w przeprowadzce nadzieję na lepsze życie. Płynąc statkiem budzi się. Nie budząc rodziców wychodzi na pokład i tym wywraca swoje życie do góry nogami. Zauważywszy oficerów pyta, co się stało. Na pokładzie jest woda, poza tym statek wydaje się być krzywy. Wtem chłopiec bezceremonialnie zostaje wyrzucony za burtę. Do szalupy będącej świadkiem jego przygód przez następny, spory okres czasu.

Aspekt religii jest tu bardzo ważny. Pi bowiem doszedł do wniosku, że Bóg, jakkolwiek jest, szerzy dobro, więc mimo sprzeciwu duchownych oraz nieprzychylnych spojrzeć zarówno rodziców jak i wiernych wyznaje chrześcijaństwo, hinduizm oraz islam. Nie ma przecież różnicy to, w co wierzymy, ale co robimy, i jeśli jesteśmy dobrymi ludźmi, możemy wyznawać nawet jaki Pi, trzy religie. Dostrzegł dobro w każdej z nich i tylko to się liczy.

Powieść jest napisana niezwykle błyskotliwie i niewątpliwym talentem autora. Pisarz mimo iż klimat Indii oddał trochę zbyt słabo, to ogólnie powieść robi potężne wrażenie. Zauważyć to można dokładność z jaką autor uwypukla poszczególne stany emocjonalne bohatera. Odwaga, strach, desperacja, nadzieja i wiele innych emocji jest świetnie oddanych, niesamowicie wyczuwalnych i z cała pewnością naturalnie odzwierciedlonych.

Książkę polecam wszystkim bez wyjątku. Przyznam, że ja sięgnąłem po nią z uwagi na okładkę (jakże wspaniałą) oraz fakt, że niedawno powstała ekranizacja, jednak gdybym tylko wiedział wcześniej, że takie wspaniałości hulają po księgarniach nie zwlekałbym ani chwili dłużej. Jest to wyjątkowo dobra książka z wyjątkową dozą głębokich przemyśleń i potężną wartością zarówno intelektualną, jak i emocjonalną oraz artystyczną.

Autor: Yann Martel
Tytuł: Życie Pi 
Część: -
Okładka: miękka
Stron: 399
Wydawnictwo: Albartos
Ocena: 9.5/10

piątek, 1 lutego 2013

Na pohybel profesjonalistom, czyli dzięsiąty stosik blogowy!

Dosłownie przed chwilą na stronie kreatywa.net pojawił się niecodzienny tekst. Otóż odnosił się on do innego tekstu: ''Blogi. Korupcja, kompleksy i partyzanci'' w którym autorka doszła do wniosku, iż blogerzy-amatorzy, którzy tak obsesyjnie robią, szukają i oglądają stosiki to intelektualne miernoty, pędzące za nowościami, szukające książek w empiku i, co najważniejsze, piszące tylko dla darmowych powieści, które są niczym więcej, jak symbolem naszych, amatorskich, gustów: merytoryczną biedą i stylistyczną nędzą.
W związku z tym postanowiłem, jako bloger-amator i co za tym idzie, absolutne bezguście, zrobić pełen beznadziejnych (niektóre dosłownie) stosik, bowiem czytam co chcę i piszę o czym lubię i jak lubię.

Od góry:
J. Delaney: Pomyłka Stracharza/ Starcie demonów/ Koszmar Stracharza/ Cień przeznaczenia - z biblioteki,
L.J. Smith: Pamiętnik Stefano Tom 4: Uciekinier - zło okrutne, bezguściem jestem, zatem czytam, pożyczone,
L. Tylor: Córka dymu i kości -  j.w.,
Y. Martel: Życie Pi  -a to już okrucieństwo! Nie dość, że teoretycznie nowość, to jeszcze niedługo ekranizacja, zakup własny,
C.R. Zafón: Światła września - zakup własny, na promocji (okrutnej)
S. Lem: Solaris - prezent, ale nie ruszę, jako blogerowi amatorowi niewolno mi,
J. Marsden: Jutro 7 -  zakup własny,
S. Larsson: Dziewczyna, która igrała z ogniem.

A na koniec kilka słów: blogerzy! Czytajmy, piszmy i mówmy o czym chcemy, jak chcemy i kiedy chcemy, TYLKO UCZCIWIE, bo w naszym, bezstronnym głosie, jest nadzieja na to, że opłacani profesjonaliści uważający większość z nas za kompletnych idiotów będą się mogli za przeproszeniem wypchać, najlepiej tymi blogerami, którzy istotnie piszą dla darmowych książek oraz bezstronności na oczy nie widzieli.

Arturo Perez-Reverte: Batalista



‘’Batalista’’ jest jedną z tych książek, które potrafią zmienić życie człowieka. Zmuszają do refleksji nad tym co nieuniknione, nad tym, że wszystko co robimy, ma swoje konsekwencje, nad odpowiedzialnością i miłością. Zaczynając ją miałem wrażenie, że nie jest to książka, której szukam, nie do końca ją rozumiałem, wrażenie to jednak zatarło się tak szybko jak przyszło, bowiem już po kilkunastu stronach zdałem sobie sprawę, że dotarła w miejsca mojej świadomości, gdzie nie dotarła żadna inna.

Andres Faulques przeszedł w życiu wiele i jeszcze więcej zobaczył. Jako fotograf wojenny był w miejscach tak strasznych i przerażających jak to tylko możliwe, oraz widział rzeczy, po których zobaczeniu większość z nas nie zostałaby przy zdrowych zmysłach. Miał tego dość. Przyjechał do pewnego miasteczka, zamieszkał w wieży nad morzem i zaczął malować. Wielkie, straszne malowidło batalistyczne z wewnętrznej terapii przerodziło się w coś o wiele więcej. Pewnego dnia jego spokojne miejsce zamieszkania odwiedza pewien Chorwat, Marković, z wiadomością, iż zamierza go zabić, jednak muszą wyjaśnić sobie kilka spraw.

Rozmowa tych dwóch ludzi staje się niezwykle fascynująca. To, co miało być pogawędką, okazją, do zrozumienia drugiego człowieka staje się czymś o wiele więcej. Staje się okazją, do zrozumienia samego siebie, organów rządzących tym światem, losem, przestrzenią. Geometria życia nabiera sensu. Podczas jednej z wojen batalista zrobił temu człowiekowi zdjęcie, jedno, fotografia, która obiegła świat i zniszczyła mu życie, mimo to Chorwat nie przyjechał po zemstę, przyjechał po odkupienie.

Styl pisarza mogę opisać jedynie jako poetycko prosty. Jest wiele pięknych sformułowań, fantastycznie oddanych myśli, pięknie przedstawionych krajobrazów i widoków, jednak ogół jest napisany dosyć prosto, ale nie przesadnie, po prostu dobrze. Gdybym mógł się do czegoś przyczepić, to jedynie do tej prostoty, gdyż oczekiwałem czegoś więcej, jednak absolutnie nic mnie tu nie zawiodło.

Rozmowa tych ludzi skłania do refleksji nad odpowiedzialnością. Czy to, co robimy na co dzień może kogoś zabić? Lub komuś uratować życie? Czy to, że wyjdziemy z domu dziesięć sekund później może zaważyć na czyimś losie? I kto jest za to odpowiedzialny? My, los, człowiek, którego życie zostaje zmienione? Ta książka nie dostarcza odpowiedzi, jedynie pytania, na które każdy z nas odpowie sobie sam, bo każdy ma swój własny efekt motyla i swoje własne jego efekty.


Autor: Arturo Perez-Reverte
Tytuł: Batalista
Część: -
Okładka: twarda
Stron: 255
Wydawnictwo: Muza
Ocena: 8/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...