poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dan Simmons: Hyperion


Hyperion trochę odstrasza – głównie objętością, tematyką oraz sławą, którą obrosła ta książka. Mimo iż zagorzałym fanem science fiction nie jestem ani nie mam pragnienia takim pozostać – dałem szansę tej książce. Skusiła mnie głównie perspektywa możliwego ograniczenia science fiction na rzecz rozbudowania relacji między bohaterami oraz zgłębianie fabuły. Wnioskując z opisu spodziewałem się nawet czegoś w stylu ‘’Igrzysk śmierci’’ – siedmiu bohaterów wyrusza na tajemniczą wyspę, z której powróci tylko jeden – lecz nie otrzymałem do końca tego, czego oczekiwałem, co w żadnym stopniu nie umniejsza książce.

Powieść ma sześciu głównych bohaterów których już w opisie poznajemy jako bardzo zróżnicowanych i ukazujących skrajnie różne zajęcia – od poety, przez księdza aż do wojskowego i kilku innych. Taka symbolika działa na moją wyobraźnie jak niemal nic innego, jednak znaczenie osobowości bohaterów zostało potraktowane po macoszemu i fakt, że są kim są nie ma w zasadzie wiele znaczenia, bo równie dobrze mogliby byś kimkolwiek, jednak w trakcie ujawiły się ich inne zalety – opowieści.
 
Otóż książka składa się z sześciu opowieści (dlaczego opowieści jest sześć a bohaterów siedmiu wyjaśnia się w trakcie) które, tak jak ludzie których dotyczą, są skrajnie różne zarówno jeśli chodzi o tematykę jak i formę – zmiana narracji, klimatu i wielu innych czynników robi swoje. Przypominało mi to trochę ‘’Atlas chmur’’ Mitchella, gdyż każda z opowieści w obu tych książkach była połączona jakimś elementem – w ‘’Atlasie…’’ blizną noszoną przez bohaterów natomiast w tej książce planetą, na którą zmierzają – Hyperionem. Bardzo podobało mi się to, że autor każe czytelnikowi samemu wszystkiego się domyślać – stanowi to miłą odmianę po tych nastolatkowych, przewidywalnych pierdołach.

Jak na science fiction przystało z powieści aż wylewają się statki, technologiczne smaczki, kosmiczne tajemnice i matematycznie zasady, jednak autor wziął pod uwagę fakt, że nie tylko matematyczni geniusze i ludzie znający się na takiej literaturze wezmą tę książkę, więc zaawansowanie technologiczne i trudności kosmologiczne ubrał w łatwe do przyswojenia nazwy i wyjaśnienia, które są na tyle zwięzłe, by czytelnika nie znużyć i na tyle dokładne, by bez problemów zrozumieć istotę danej rzeczy. I nawet jeśli dla takiego laika jak ja nie wszystkie rzeczy były zrozumiałe – te, które występują często lub mają znaczący wpływ na fabułę są wyjaśnione, więc większych problemów ze zrozumieniem być nie powinno.

Jak przy każdej książce, bardziej lub mniej, traktującej o przyszłości człowieka warto skonfrontować rzeczywistość obecną oraz tą z książki. O ile temat rozwinięcia ludzkości został przestawiony w sposób bardzo realistyczny – oparty na teraźniejszości – o tyle koncepcja samego człowieka, który nie wyłączają niewielkich różnic jest niemal taki sam jak obecnie już mi się pasuje. Można to wytłumaczyć tym, że autor chciał ułatwić sprawę ewentualnemu reżyserowi – co robił całkiem często – jednak takie podobieństwo ludzi z przyszłości a nami jest według mnie niewiarygodne.

Największą wadą jest według mnie znużenie, jakie ogarnia czytelnika poznając niektóre z opowieści – w szczególności jeśli chodzi o opowieść Uczonego. Była zdecydowanie najsłabsza. Najbardziej podobała mi się ostatnia opowieść – historia  bardzo wzruszająca – oraz przedostatnia – czyli ta najbardziej obfita w akcję.  Dla nich samych warto przeczytać całą książkę. Ogółem powieść wywołała na mnie bardzo dobre wrażenie, jednak nie tak dobre, jak się tego spodziewałem. Bardzo zaskoczyło mnie zakończenie i już nie mogę doczekać się aż chwycę za tom drugi. Gorąco polecam!

Tytuł: Hyperion
Autor: Dan Simmons
Część: I
Okładka: twarda, z obwolutą
Stron: 617
Wydawnictwo: MAG
Ocena: 7,5/ 10

wtorek, 17 grudnia 2013

Stos numer 20, czyli stosisko grozy i zagłady.


Przez natłok książek, które ''zaraz będą'', zalegałem z robieniem stosiku od prawie trzech miesięcy. Jakaż groza mnie dopadła gdy uświadomiłem sobie, że przecież obkupiłem się tak, że starczyłoby tego na stosików przynajmniej sześć. Ale nic to! Trzeba było co prawda przerzucić cały pokój na lewą stronę a później jeszcze każdą książkę do góry nogami - ale jest! Stosisko wielkie i potężne!


Oba tomy książki ''Łabędzi śpiew'' głównie przez tematykę i okładkę - kusiły mnie już od daty premiery. Nie zwlekałem długo z nabyciem ich. 
''Musimy porozmawiać o Kevinie'' to książka już przeczytana, zrecenzowana i książka, która mnie zachwyciła.
 ''Niezbędnik obserwatorów gwiazd'', po sukcesie pierwszej książki autora, była dla mnie pozycją obowiązkową.
 ''Saga księżycowa. Cinder'' to zakup okazyjny.
 ''Dziedzictwo'' to nabytek własny oraz nabytek wygrany na LC.
 ''Nawałnica mieczy'' to pozycja niezbędna w mojej biblioteczce,
 a ''Rogi'' nabyłem okazyjnie w matrasie (z racji ekranizacji z Radcliffem musiałem mieć tę książkę.


''Władca pierścieni'' to książka, która spędza mi sen z powiek. Teraz, gdy już ją posiadam,  nie mam kiedy jej przeczytać.
Drugi tom ''Nevermore'' nabyty okazyjnie w Empiku. Mam pierwszą, to i drugą zdobyłem.
''Szklany tron'' to pierwsze egzemplarz do recenzji. Odebrany bardziej niż pozytywnie!
''Król kruków'' to książka nadzwyczaj kusząca recenzjami, tematyką i boską okładką!
''Ghostman'' kupiony w Empiku, na końcówce promocji 2 + 1
''Milcz nawet po śmierci'' nabyty za sprawą 50% zniżki w wydawnictwie.
''Więzień nieba'' j. w. - poza tym, to musiałem mieć!
''Chłopiec z latawcem'' dostałem na urodziny od koleżanek z pracy. Dziękuję!!
''Napój ananasowy dla pięknej damy'' czyli miazga sezonu. Książka kupiona ''bo tak'' dosłownie zniszczyła mi mózg. Cudo!
''Mężczyzna, który tańczył tango'' czyli kolejna wygrana na LC.

''Przedksiężycowi I, II i III'' kusili mnie od dawna. W końcu, z okazji wydania trzeciego tomu, nabyłem.
''Carrie'', czyli osławiony debiut Kinga, wziąłem z racji ekranizacji. wspominam milej
''Lśnienie'' wspominam milej, jednak nadal pamiętam o tych nieszczęsnych krokietach.
''Maszyna różnicowa'', ''Atlas chmur'', ''Portret pani Charbuque/ Asystentka pisarza fantasy'', ''Finch''...

... ''Wieki światła'', ''Dom burz'', ''Smok Griaule'', ''Pieśń czasu/ Podróże'', ''Akwaforta'', ''Accelerando'', ''Palimpsest'', ''Nieśmiertelny'', ''Opowieści sieroty I i II'', ''Dom Derwiszy/ Dni Cyberbadu'' to efekt chęci uzbierania i przeczytania całej serii Uczta wyobraźni.


''Trakt'' kusił mnie swoją tematyką, jednak ogromnie zawiódł wymiarami (wygląda to to jak wydanie kieszonkowe)
''Rebeliant'' to także efekt ostatków promocji w Empiku.
''John ginie na końcu'' to książka, która chodziła za mną od dawna. Straszyła pstrokacizną na okładce i kusiła jednocześnie.
''Flush'' nabyłem, z tego co pamiętam, by mieć darmową przesyłkę na Znaku.
''W drodze'' chciałem mieć już od czasów dawnych, jednak dopiero teraz udało mi się nabyć. Jeden z priorytetów czytelniczych (bardzo wielu (nie)stety)
''Dzicy detektywi'' to jedna z najsłynniejszych książek Bolano, do którego, nie wiedząc czemu, zapałałem wielką sympatią.
''Śniadanie mistrzów'' i ''Rzeźnia numer pięć'' to efekty chęci poznania prozy Vonneguta. 
''W dziwnej sprawie skaczącego Jacka'' oraz ''W zdumiewającej sprawie nakręcanego człowieka'' to książki prześladujące mnie zewsząd.
''Boża inwazja'' nie wiedząc, iż to tom drugi, nabyłem okazjonalnie a Weltbildzie.

''Ziemiomorze'', z tego, co zauważyłem, udało mi się kupić jako jednemu z ostatnich, bo mój szef kilka dni później zamówić już nie mógł. Teraz tylko czekam, aż chwycę za tę cegłę!
''Hyperion'' czytam teraz i jestem zachwycony! nigdy nie przypuszczałem, że tak zaawansowane science fiction może tak bardzo mi się spodobać.
''Łowcy kości'', ''Wicher śmierci'', ''Myto ogarów'' i ''Kuźnia ciemności'' to efekty próby skompletowania całej Malazańskiej księgi poległych. Objętość trochę przeraża, ale mam na te powieści coraz większą ochotę. 

To koniec grożącego apokalipsą stosiku. Jak widać moje półeczki znacząco obrodziły w pozycje wydawnictwa MAG, ale cóż zrobić, jeśli wydają książki tak świetne, że nic, tylko zbankrutować i cholernie się z tego cieszyć.
Standardowe pytanie: coś czytaliście? Znajdzie się coś, co polecacie szczególnie?
 

niedziela, 15 grudnia 2013

Jarosław Grzędowicz: Wypychacz zwierząt





Z prozą Jarosława Grzędowicza, mimo sławy jaką obrósł ten pisarz za sprawą podobno fenomenalnego cyklu ‘’Pan lodowego ogrodu’’, dotychczas styczności nie miałem, głównie dlatego, iż odrobinę obawiałem się, że moje oczekiwania nie zostaną spełnione. Ale kiedyś trzeba się przemóc. ‘’Wypychacz zwierząt’’ to dobry wybór na początek, bowiem ukazuje autora w świetle zarówno dobrym jak i złym, dając przekrój jego możliwości, co pozwala na poznanie go z różnych stron. Czy mi się spodobał? Cóż – i tak i nie. Ja wspomniałem wcześniej – wszystko ma swoje złe i dobry strony. Mimo natłoku tych złych, ogół jednak zdecydowanie oceniam pozytywnie.

Opowiadania, co widać, są tworzone w dosyć sporych odstępach czasu. Niestety nie są ułożone w sposób ‘’od najstarszego do najnowszego’’ i te starsze, które podobały mi się mniej, skutecznie studziły mój zapał po tych nowszych, które wywołały we mnie prawdziwą burzę emocji. Każda antologia ma w sobie złe i gorsze momenty, tu jednak były one skrajnie złe lub skrajnie dobre, przez co jako czytelnik do końca nie mogłem odnaleźć się nie dość, że w klimacie opowiadań, to także w swojej opinii.

Pierwsze opowiadanie, odniosłem wrażenie, że zostało wybrane pod osoby, które będąc w księgarni wzięłyby tę książkę i spróbowały podczytać sobie jedno, tak na spróbowanie. ‘’Hobby ciotki Konstancji’’ bowiem jest krótkie i zwięzłe a jednak wciągające i pełne treści, bardzo zachęcające do brnięcia dalej. Równie bardzo, a może nawet ciut bardziej, podobało mi się długie opowiadanie ‘’Buran wieje z tamtej strony’’. Autor wybił mnie trochę z rytmu, bo nie mogłem zdecydować się, czy te długie, czy krótkie wychodzą mu lepiej – na trzy długie, dwa były świetne, jednak jedno dosyć cienkie, natomiast krótkich było kilkanaście, z czego tylko kilka przypadło mi do gustu, i to nie tak jak chyba najlepsze, czyli ‘’Weekend w Spestreku’’.

‘’Weekend w Spestreku’’ zasługuje na osobny akapit. Otóż według mnie jest to opowiadanie zdecydowanie najlepsze w antologii, które nie tyle ‘’poruszyło mną do głębi’’, co trafiło w sedno. Osoby o poglądach lewicowych mogą być oburzone, mogą to ignorować, albo nawet się z tego naśmiewać, jednak opowiadanie to ma w sobie odrobinę science fiction i poprzez wykorzystanie naszej rzeczywistości ukazuje przyszłość tak samo nieprawdopodobną, jak realną, a dla lewicowców ukazane to może być w sposób, który zdecydowanie im się nie spodoba. Autor szydzi z ich obecnych postulatów, ukazując do czego mogą doprowadzić, jednak zakończenie pokazuje, że i prawicowcom ma coś do przekazania.

Tych gorszych było więcej, za to, jak już napisałem wcześniej – byłby znacząco krótsze, więc i męki było mniej. To nawet nie tyle, że były źle napisane, albo nie przemyślane, ale po prostu podstawy opowiadania – jego zakończenie i przebieg – zdawały się być od początku chybione, nieudane, nietrafione. Czasem zbyt proste (‘’Nagroda’’ oraz ‘’Obrona konieczna’’) a czasem zdecydowanie przekombinowane (‘’Specjały kuchni wschodu’’). Mimo wszystko nawet te imponowały mi pomysłowością .

Bardzo pochwalić tu muszę wygląd książki. Okładka jest wspaniała z trzech względów – wskazuje na horror odzwierciedlając książkę, pokazuje go w oryginalny sposób (nie często bowiem kojarzymy strach z bielą) a także – i to już moja wariacja – łączy klasyczne elementy piękna (czarna koronka) z dziwnymi rzeczami, które zupełnie nie pasują (druty i bandaż na głowie) a mimo wszystko wygląda przecudnie, enigmatycznie i cholernie zachęcająco. Poza tym, coraz bardziej przekonuję się do opraw zintegrowanych, do których wcześniej byłem nastawiony sceptycznie.

Jednak nie wszystko w wydaniu jest na plus. Okładka twierdzi, że opowiadania są napisane ‘’plastycznie i filmowo’’ czego, fakt, wielu nie można odmówić, jednak znajdą się też takie, które z plastycznością mają niewiele wspólnego a film na ich podstawie byłby kpiną. Stylistycznie jest dobrze, chociaż byłem odrobinę zawiedziony, bo po tym co wyczytałem na temat tego autora oczekiwałem czegoś więcej. Najbardziej jednak zirytowały mnie porównania. No błagam! Grzędowicz obok Kinga i Dickensa? Zdecydowanie nie. Nie tyle, że gorszy, po prostu bardzo inny. Książkę jednak szczerze mogę polecić – kawał dobrych historii.

Tytuł: Wypychacz zwierząt
Autor: Jarosław Grzędowicz
Część: -
Stron: 458
Okładka: zintegrowana
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ocena: 6,5/10

niedziela, 1 grudnia 2013

C. J. Daugherty: Dziedzictwo



Pierwsza część była dla mnie sporym zaskoczeniem, nie często bowiem zdarza się, żebym polubił powieść młodzieżową tak obficie przesiąkniętą miłością i okazywaniem uczuć, a jednak. Ten element niespodzianki na pewno wpłynął pozytywnie na moją opinię o części pierwszej, tu jednak tego nie ma. Mogę liczyć jedynie na to, że miłość zostanie ograniczona, a polityka spotęgowana. Niestety, nie wszystko poszło po mojej myśli… co wcale nie oznacza, że jest źle. Mimo wszystko - a sam się sobie dziwię, że to mówię – książka prezentuje pewien poziom. Nie, żeby wielki, bo miłosne rozterki udowadniają, że w dużej mierze jest to kolejne czytadło dla niewymagających niczego mądrego nastolatek, ale coś w tej książce siedzi, i mam ochotę dowiedzieć się co.

Mówi się, iż dziwne jest to, że autorka nadal nie sprzedała praw do ekranizacji. W sumie fakt – ta książka została wydana w kilkunastu krajach (ostatnio było 17, teraz nie wiem jak ma się sytuacja) – a mimo wszystko nikt się tym nie zainteresował? Kupowano prawa do ekranizacji książek, które nawet jednego tłumaczenia nie miały… ale z drugiej strony, może były bardziej widowiskowe. Film dla młodzieży musi walić po oczach pięknem, niesamowitością i zajebistością. Potter miał magię, Igrzyska miały wojnę, Zmierzch miał wampirów… co mają Wybrani? Wybrani mają szkołę i las. I politykę. To jest cholerne ciężkie do pokazania dla osób, które są nastawione na coś mało ambitnego. Zawsze można walnąć tony buziaków, ale chyba nie da się zrobić tak, by nie wyglądało to jak nowa wersja ‘’Mody na sukces’’.

Bohaterowie sporo utracili w tej części. Każdy. Chłopaki stracili swój charakter z pierwszego tomu – teraz jeden jest zazdrosny, drugi zakochany i obaj się nienawidzą. Schemat, taniocha i tandeta dla kretynów. Allie… zgroza. Cóż z tego, że ma czerwone włosy i krwiste martensy, skoro w głębi duszy jest tępą idiotką, która nie ma pojęcia co ze sobą zrobić, bo jest zakochana i wszystko obraca się wokół niej. Udawany charakterek jest prosty do przejrzenia. Niestety więcej w niej schematycznej debilki niż zadziornej, inteligentnej nastolatki. I Rachel! O zgrozo, masakro!

Inspiracja Hogwartem przy tworzeniu Cimmerii (pozdrowienia dla kretyna, który nazwał Cimmerię ‘’najbardziej prestiżową szkołą w Wielkiej Brytanii’’, wiedząc, że przy Hogwarcie wygląda jak szopa na szczotki) jest widoczna aż nazbyt, jednak do przeżycia. Największym dowodem na solidne czerpanie z prozy J. K. Rowling jest właśnie kreacja Rachel. W pierwszym tomie przewijała się głównie pod koniec i jej cechy były podobne, tu natomiast jest od początku i fakt, że jest połączeniem Rona i Hermiony widać aż za mocno. To jest koszmarne, zwłaszcza, że na bok została odsunięta jedna z lepszych bohaterek tej książki – Jo.

Tak na dobrą sprawę jedyną pozytywną rzeczą jaka została tej książce z pierwszego tomu to właśnie ta główna zaleta zapewne całej serii – watek polityczny. Jest absolutnie nieprzewidywalny, zagmatwany, pokręcony i wspaniały. Autorka rzuca jednym tropem w czytelnika tylko po to, żeby go zmylić robiąc wszystko na odwrót. Snuje domysły, podpowiada, a czasem nawet skłamie w żywe oczy. Allie, ta szara masa przewijająca się przez książkę, mogłaby to wszystko rozwikłać w pięć minut, ale oczywiście, po co – przecież tylko udaje inteligentną i bardziej obchodzą ją chłopaki. Szkoda, że taki dobry wątek tak bardzo się tu marnuje. 

Tytuł: Dziedzictwo
Autor: C. J. Daugherty
Część: II
Okładka: miękka
Stron: 394
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Ocena: 5,5/10

środa, 27 listopada 2013

Stephen King: Lśnienie


Jest to chyba najsławniejsza powieść Kinga, a na pewno jedna z najbardziej cenionych, toteż oczekiwań względem niej miałem całe multum i jeszcze trochę. Podobno horror wszechczasów, podobno genialna, niesamowita, ponadczasowa – no szał, tylko patrzeć jak staniki będą latać. Może to przez oczekiwania, a może po prostu King już mnie nie jara, ale zawiodłem się na tej powieści. Nie twierdzę, że jest to zła książka, aczkolwiek po dziele tak osławionym oczekiwałem czegoś więcej. Zastanawiam się, czy świadomość o obecności kontynuacji coś tu zmieniła – bo jest teoretycznie możliwe, że nie mając przed sobą perspektywy drugiej części bardziej doceniłbym tę książkę. Niestety, świadomość taką miałem, toteż od zaczynałem już ze świadomością, że jest to tylko połowa historii, mimo wszystko uważam jednak, że gdyby postrzegał ją jako powieść jednotomową nie zmieniłoby to wiele, jeśli cokolwiek.
 
Jeśli wydawnictwo decyduje się na ponowne wydanie jakiejś książki można przecież liczyć na to, że błędy z pierwszej zostaną poprawione, prawda? Już pierwsza nie powinna mieć żadnych, w drugiej jest to niedopuszczalne. Otóż pierwsze wydanie ukazało się jako ‘’Jasność’’. Cóż, to całkiem zgrabnie współgra z Dannym, bohaterem tej powieści, który jaśnieje, co oznacza posiadanie przez niego nadprzyrodzonych mocy. Logiczne zatem, że w ‘’Lśnieniu’’ Danny będzie lśnił, nie jaśniał, prawda? Niestety, nie do końca. Nie to jednak jest najgorsze. Zastanawiam się, czy ktoś z czytelników rozróżnia krokieta i krykieta. Otóż jedna z tych rzeczy to smażony naleśnik z jakimś niesłodkim nadzieniem, natomiast druga rzecz to gra. Wyobrażacie sobie taką sytuację, gdzie na trawniku stoi schludnie ubranych kilku zacnych panów i… rzucają w siebie kotletami? Ja, chcąc nie chcąc, musiałem. Niestety, nie był to błąd jednorazowy, i obrywałem po oczach krokietem przy każdym wspomnieniu o trawniku.

Plastyczność, czyli element tak osławiony w powieściach tego autora i tak doskonały, po prostu przestał mnie bawić. Odniosłem wrażenie, że książki Kinga są pisane tylko po to, by stać się ekranizacjami. Wielu sobie chwiali, że King tak wspaniale kreuje otoczenie, tak barwnie je opisuje, ja natomiast nudziłem się niezmiernie, gdyż ta wspaniałość zwyczajnie przestała stanowić dla mnie wyzwanie. Czyta się to łatwo i przyjemnie, wszystko jest podstawione pod nos, więc po co się wysilać? To doskonała cecha jeśli książka jest przeznaczona tylko i wyłącznie by czytelnika zabawiać, jednak szkoda książek na samą rozrywkę.
 
Zakończenia to jest coś, co w książkach Kinga lubiłem, i myślałem, że będę lubił zawsze. ‘’Lśnienie’’ skutecznie mnie z tego błędu wyprowadziło. O ile, tak jak w większości książek tego autora, tępo akcji rozwija się wolno, o tyle wspaniałego zakończenia już brak. Powieść wiele obiecywała, bo po przeczytaniu ¾ książki byłem zachwycony potencjalnym zakończeniem, niestety, autor zmarnował cały potencjał. Banał i przewidywalność to pierwsze słowa, które rzuciły mi się na usta po przeczytaniu. Absolutny brak napięcia w ostatnich rozdziałach. Doczytałem tylko dlatego, że chciałem mieć nadzieję, że to się nie potoczy po mojej myśli, niestety, wyszło jak wyszło.

Na pochwałę zasługuje tu, tak jak i w poprzednich książkach tego autora wydanych w tym wydawnictwie, okładka. To jest jedna z tych wspaniałych okładek, których wspaniałość odkrywa się podczas czytania. Ma mnóstwo elementów z książki jednak zrobionych na tyle wspaniale, by znaleźć je po przeczytaniu książki, względnie w trakcie jej czytania. Doprawdy – sztuką jest zrobienie czegoś tak wspaniałego nie tylko dla oka, ale także dla umysłu. To jak dodatkowa mini-gra. Irytuje co prawda ten żółty tytuł, który jest paskudnym brakiem konsekwencji w wydawaniu książek tego autora. Nie rozumiem robienia 90% książek z białym tytułem podczas gdy reszta wali w oczy różnymi kolorami. Zupełny, i zwyczajnie brzydki, przykład bezsensu.


Rodzina Torrance’ów to z pozoru zwykła rodzina z przedmieścia. Ojciec były alkoholik, matka uległa dobra dusza i sympatyczny synek. Jednak Danny nie jest taki, jak się wszystkim wydaje. Kreacja tego dzieciaka, przyznam szczerze, jest niesamowita. Jego moc jest elementem, który wyzwala z nim rzeczy niestety rzadko spotykane u innych dzieci – chęć nauki – co z połączeniem jego wspaniałego charakteru a także uroczej, dziecięcej odwagi i chęci naprawienia świata daje efekt co najmniej piorunujący. Rodzice to już inna sprawa. Bardzo zgrabnie autor połączył bohaterów z ich rodzicami, co bardzo pogłębiło ich kreacje. Rozumiemy, dlaczego są tacy a nie inni, co przy sytuacji zaistniałych w książce doskonale tłumaczy ich zachowania. Ale to trzeba przeczytać!


Tytuł: Lśnienie
Autor: Stephen King
Część: I
Stron: 515
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena: 7/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...