wtorek, 8 marca 2016

Wstyd Harry'ego Pottera



Żyjemy na początku XXI wieku, u schyłku postmodernizmu, w epoce, gdzie łatwiej jest znaleźć ludzi, którzy szczycą się tym, że nie czytają książek, niż tym, że je czytają. W epoce kryzysu czytelniczego, powszechnej pogoni za pieniądzem i braku czasu. I niemal dwadzieścia lat temu rozpoczął się w literaturze okres, który historia bez wątpienia zapamięta jako godny odnotowania, bowiem fenomen taki jak ten nie zdarza się często.
                Jeśli przyjrzymy się klasykom literatury już na pierwszy rzut oka dostrzeżemy bardzo istotny dla tego tematu fakt – żadna z tych książek nie jest powieścią dla młodzieży.  Literatura dla młodszego czytelnika (słusznie bądź nie, to już musicie ocenić sami) zawsze była marginalizowana, traktowana jako przedmiot nie warty nie tylko badań, ale w ogóle uwagi. Czasy się jednak zmieniły. Nastały czasy, w których seria powieści przeznaczonych dla młodszego czytelnika osiągnęła sprzedaż ponad pół miliarda egzemplarzy. Pół miliarda! Statystycznie co czternasty człowiek na świecie ma egzemplarz Harry’ego Pottera.

                Taka sława robi wrażenie, jednak ludzie różnie na to reagują, zwłaszcza jeśli od szczytów popularności mijają kolejne lata i czytelnicy nabierają dystansu. Poddał się temu „Zmierzch”, który w gimnazjum moje koleżanki nazywały najlepszą książką o miłości, poddało się temu wiele innych powieści, które rangę straciły zaraz po modzie na nie. Potter się temu oparł, nadal ma rzeszę fanów na całym świecie, nic jednak nie uchroni się przed  własną sławą.
                Damoklesowy miecz wiszący nad tą serią powiesiła tam sobie ona sama. Problem Harry’ego Pottera tkwi w tym, że jest dosłownie wszędzie. Dosłownie. Na wszystkim. I to nawet nie byłoby takie złe, bo ta seria się nie nudzi, nie narzuca. Fandom Pottera jest irytujący jak każdy fandom, ale porównując go z innymi, wypada znośnie. I tu to też współtworzy pewien problem.
                Do napisania tego tekstu zainspirował mnie post na stronie bookgeek.pl, w którym użytkowniczka o nicku Mało Oryginalna wymienia pięć powieści, które zostaną w jej pamięci do końca życia. Już abstrahując od tego co tam znajdziemy, zainteresował mnie dopisek na końcu, który przytoczę: „Jakie są wasze ukochane historie, które trzymacie głęboko w swoim sercu? Tylko nie mówcie Harry Potter!„ I tu jest ponurak pogrzebany! Tendencja do tego, żeby powiedzieć coś innego niż wszyscy kłóci się ze stanem obecnym. Odpowiedzcie sobie na pytanie – jak wiele Harry Potter namieszał w literaturze ostatniego dwudziestolecia?
               
Awersja do Harry’ego Pottera zaczęła się według mnie od tego, że ta książka podobała się milionom, którzy lubią czytać lekkie rzeczy dla przyjemności, a nie było osób, które stanowczo stwierdzałyby, że jest to tekst nie warty czytania. Harry Potter jest z nami prawie dwadzieścia lat, nienaruszony, popularny. Jest z nami wszędzie i zawsze. Początek naszego wieku został praktycznie zdominowany przez tę serię, a co gorsza, nikt się temu nie przeciwstawiał.
                Gdyby takie wyliczenia jak wspomniany post z portalu bookgeek.pl były robione szczerze i nie pod publiczkę (nie zarzucam tego autorce wspomnianego tekstu, chodzi mi raczej o tendencję silenia się na oryginalność) Harry Potter byłby w znacznej większości. Ta seria naznaczyła nas, dzieciaki lat 90., młodych dorosłych XXI wieku, czy tego chcemy czy nie. Nie unikniemy Harry’ego Pottera, nie wyprzemy się go, i nie powinniśmy!

                Warto spojrzeć na to co dzieje się obecnie w literaturze młodzieżowej. Osoby które wyrastały na Harrym Potterze zaczynają tworzyć własne dzieła. Jay Kristoff jawnie przyznaje się do tego, że inspiruje się J. K. Rowling, Cassandra Clare nie musi, jej powieścidła mówią to za nią. Po przeczytaniu książek Samanthy Shannon gdzieś w tle bije zapach Hogwartu. Czy tego chcemy, czy nie, ta seria odcisnęła bardzo duże piętno na naszych czasach i naszej literaturze. I nie ma powodu, żeby się tego wstydzić. Dla mnie Harry Potter dał miłość do książek i bez względu na to, czy jest dobrą powieścią, czy złą, tego nikt mi nie odbierze, i nigdy w moim zestawieniu Pottera nie zabraknie!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Księga wszystkich dusz Tom I Czarownica


Książka jak książka. Najpierw do połowy książki nuda, aż musiałam ją odłożyć na jakiś czas, aby sobie od niej zrobić przerwę. Gdy w końcu zmusiłam się aby ją przeczytać, poszło szybko. Niestety początek jest nudny, ale trzeba przebić się przez tą nudę, aby zrozumieć lepiej tą książkę. Dość nieciekawe wprowadzenie jednak jest ważne, aby mieć jakiś zarys tej historii.

Po przeczytaniu połowy, zaczyna się. Książka staje się bardzo ciekawa, tajemnicza i bardzo zachęcająca do czytania. Gdy przebrnie się przez nudniejsze rozdziały nie można  oderwać się od czytania. Gdy przerwie się na chwilę, zaraz nachodzi chęć na czytanie dalej. Wciąga i to bardzo. A zakończenie pierwszego tomu jest genialne od razu musisz sięgnąć po dalszą część. Dla tego cieszę, się że na mojej półce stoi cały komplet.

Historia toczy się w Oksfordzie. Główną bohaterką jest Diana, która jest czarownicą nie korzystającą ze swojego daru. Jest wykładowcą historii, dlatego większość swojego czasu przybywa w bibliotece Bodlejańskiej na przeglądaniu i notowaniu starych manuskryptów. Pewnego dnia w święto czarownic Diana zamawia stary manuskrypt, który jest bardzo dziwny. Gdy chce coś zdjąć z pułki w bibliotece poznaje Matthew. Po odnalezieniu manuskryptu, do bibliotek zaczynają przychodzić wampiry, demony i czarownice. Wszystko jest jakieś dziwne. I tak zaczyna się książka.

Książka jest interesująca i wciągająca, ale dla czytelników, którzy lubią książki romantyczne. Znajduje się w niej tajemnica, którą Diana musi rozwiązać. Zakazana miłość, która zagraża życiu obojga bohaterów. I nie odkryta potężna moc jaka drzemie w młodej czarownicy.

Bardzo mi się podoba okładka książki. Na czerwonym tle leży manuskrypt, bo tak można się domyślić.

Autor: Deborah Harkness
Tytuł: Księga wszystkich dusz
Tom: I Czarownica
Stron: 442
Wydawnictwo: AMBER
Ocena: 8/10

piątek, 26 września 2014

Max Kidruk: Bot


Gdy inżynier energetyk, oficjalnie związany z głośnią partią polityczną, działającą w kraju ogarniętym niepokojem i ciągłą walką bierze się za pisanie powieści, w której futurystyczna broń będzie użyta przez niewiadomego pochodzenia ludzi do potencjalnie niewiadomych celów wiadomo, że to, co dostaniemy, to będzie bomba. Rozpoczynając tę książkę liczyłem na ciągłą akcję, wiarygodnych bohaterów, dużo wybuchów, niewiarygodne zwroty akcji i zgrabny wątek polityczny. Tego ostatniego nie dostałem, i z jednej strony szkoda, bo urozmaiciłoby tę książkę, z drugiej natomiast autor nie przedstawia swojego zdania w tej powieści i to już jest w porządku. Co do poprzednich, wymienionych przeze mnie elementów, to oprócz wybuchów i zwrotów akcji dostałem o wiele, wiele więcej.

Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to rozmiar tej książki. W ogólnym rozrachunku nie wygląda ona jakoś potężnie, gdyż autor na tyle zgrabnie poprowadził fabułę, że kolejne wątki przeplatają się ze sobą z prędkością pocisków laserowych i spora objętość jest, praktycznie rzecz biorąc, niezauważalna, ale to cudowne uczucie, gdy widać, iż nadchodzi wielki moment, napięcie sięga zenitu, później następuje rozwalenie czytelnika na fraktale, a i tak okazuje się, że zostało jeszcze mnóstwo stron do przerzucenia, i rozwalenie czytelnika to dopiero fascynujący początek. Sama konstrukcja troszkę mnie zawiodła, gdyś praktycznie wszystko dzieje się w jednym miejscu, ale i tak to imponujące, że autor umieszczając bohaterów w jednym budynku przy prawie sześciuset stronach potrafi dać czytelnikowi tyle rozrywki.

Kolejnym, bardziej pozytywnym niż mógłbym przypuszczać, zaskoczeniem, był styl autora. W jednej z kiedyś recenzowanych książek narzekałem, iż mimo pasującego, rzetelnego chłodu, brakowało tam zróżnicowania i dodania czasem czegoś mocniejszego, i w tej książce właśnie znalazłem wszystko, co chciałem. Autor doskonale potrafił oddać klimat danej sceny i dostosować do niej absolutnie wszystko, i gdy nagle Rino Headhunter wyskakuje z żartem w najbardziej nieodpowiednim momencie to właśnie wydaje się najbardziej odpowiednim momentem i dodaje tej powieści niesamowitego uroku i wiarygodności, co w połączeniu z niepokojącymi zdarzeniami dawało czasem niezły dreszcz grozy.

Na koniec jednak doznałem pewnego zawodu. Największym z nich było zakończenie. Nie było złe, w żadnym wypadku nie wzbudziło we mnie irytacji ani niechęci, co nie zmienia faktu, że odniosłem wrażenie, iż zostało zrobione na szybko, przez co wygląda nieco banalnie i tandetnie. Największą jego wadą, i jednoczenie prawdopodobnie największą wadą jaką może mieć zakończenie, jest przewidywalność. Tutaj przewidywalność jest tylko potencjalna, niemniej, jest. Poza tym po przeczytaniu stwierdziłem, że gdyby ta powieść była tak o… dwadzieścia stron krótsza, absolutnie nic by się jej nie stało, ale i tak nie odczuwa się tego, że momentami powieść jest odrobinę przegadana.


Zaimponowała mi  warstwa naukowa tej książki. Jeśli ktoś taki jak ja, który ma niemal uczulenie ma matematykę i fizykę, a programowanie dla niego to niemal czarna magia, zaczyna się ekscytować fraktalami, równaniami zespolonymi i innymi różnymi  zagadnieniami matematycznymi to znaczy, że autor musiał je przedstawić w naprawdę fascynujący sposób. Na pochwałę zasługuje także wydanie książki, i choć o ile okładka to prawdę powiedziawszy średnio przypadła mi do gustu, to już ilustracje w środku, ozdobienia stron i wykresy były niebywale fascynujące. Mimo faktu, iż jest świetny techno thriller, polecam tę książkę naprawdę wszystkim.

Za książkę dziękuję portalowi www.businessandculture.pl

Tytuł: Bot
Autor: Maksym Kidruk
Część: -
Okładka: miękka
Stron: 596
Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 7,5/10



Duchowe połączenie ze źródłem: E. Pearl, F. Ponzlov


Jako kompletny sceptyk jeśli chodzi o tajemnicze, duchowe, mistyczne i jeszcze inne, wielorakie i nieprawdopodobne, połączenia ze źródłem, mocą, lepszym życiem i jako niedowiarek jeśli chodzi o próby polepszenia swojego życia poprzez metody inne niż praca nad owym życiem podszedłem do tej książki bardzo sceptycznie, niemniej, z zainteresowaniem na tyle dużym, by czerpać z niej przyjemność. O efektach później, aczkolwiek rzec teraz mogę tyle, że mimo iż nie czuję się do końca przekonany, bo choć autorzy mają cały bagaż doświadczeń, badań i obserwacji, to rzeczy tak abstrakcyjne jak wielowymiarowa istota imieniem Salomon potrzebuje, według mnie, mocniejszych podstaw, co nie znaczy, że czytanie o tym było stratą czasu, bo osobiście nie żałuję ani chwili spędzonej przy tej książce.

Jak to przy książkach naukowych – lub imitujących takie, by nie popaść w zbędne dyskusje, nie określajmy jej od razu – bywa, styl w jakim jest napisana to rzecz, która nie przysporzy czytelnikom zachwytów. Monotonność to według mnie najgorsza wada, co nie zmienia faktu, że nadrabia rzeczowością i dokładnością w określeniach, więc dla potencjalnych czytelników prawdopodobnie nie będzie miało to większego znaczenia. Nie jest to oczywiście napisane źle, widać, że autorzy znają się na rzeczy, aczkolwiek, według mnie, by oprócz poznawania sposobów duchowego połączenia ze źródłem cieszyć się także lekkim i przystępnym stylem, to można niestety pomarzyć, chociaż jeśli już ktoś sięgnie po tę książkę ze świadomością co potencjalnie może tam znaleźć, nie powinien mieć problemów z odbiorem.

Jeśli chodzi o samą tematykę książki, to na mnie, powiem szczerze, nie zadziałało, choć nie mogę powiedzieć, że nie czuję się przekonany. To dziwne, bo pierwszy raz czytałem książkę tego typu, i nie wiem, czy moja reakcja jest prawidłowa. Otóż najbardziej uderzył mnie fakt, że autorzy są tak pewni swego. Nie dyskutują z czytelnikiem, przestawiają po prostu swój pogląd jakby był największą oczywistością a później omawiają dane zagadnienie i starają się udowodnić. Jestem w tym temacie kompletnym laikiem, i według mnie chyba nie przewidziano tego, że laicy mogą wziąć tę książkę, bo mimo iż początek jest obiecujący i autorzy przedstawiają podstawy swoich teorii aczkolwiek dalej zakładają już znajomość. To trochę tak, jakby na lekcji uczyć się dodawania a na sprawdzianie mieć potęgowanie. Z jednej strony nie wymagają tak wiele, z drugiej jednak czasami miałem wrażenie, że nie dostarczają czytelnikom dostatecznych informacji.

Co nie zmienia faktu, że książka ta jest sporym wyzwaniem. Mimo iż tematyka na pierwszy rzut oka wygląda jak kompletna abstrakcja, po później stwierdziłem, nie do końca przekonany aczkolwiek zafascynowany i zaintrygowany, że jak ktoś się uprze, znajdzie w tej teorii jakiś porządek, a może nawet da się przekonać i wciągnąć. Niemniej, mnie osobiście, jako kompletnego laika, zarówno w temacie duchowego połączenia ze źródłem, jak i medycyny oraz fizyki, bo i fizyka tu się znalazła, książka zaintrygowała. Jako że porusza bardzo wiele aspektów czasem było tak, że byłem w stanie w zupełności zgodzić się z autorami, a czasem stwierdzałem, że sukces rozbuchał im ego (zwłaszcza przy rozdziałach o pewności siebie) i plotą rzeczy trochę nieprawdopodobne dla przeciętnego, szarego człowieka, i w ogólnym rozrachunku czuję się lekko zmieszany i zaintrygowany, aczkolwiek pozytywnie nastawiony. Polecam wszystkim zainteresowanym tym tematem.

Za książkę dziękuję portalowi sztukater.pl




Tytuł: Duchowe połączenie ze źródłem:
Autor: E. Pearl, F. Ponzlov
Część: -
Okładka: miękka
Stron: 264
Wydawnictwo: W. Astropsychologii 
Ocena: 5/10

wtorek, 19 sierpnia 2014

Izabela Żukowska: Teufel




Kryminały retro, czyli, jak łatwo się domyśleć – kryminały opisujące czasy, które już przeminęły, a które zazwyczaj oscylują w XX wieku – ostatnimi czasy, co ciekawe, za sprawą głównie polskich autorów, zyskały niemałą popularność zarówno w naszym kraju jak i na świecie (co można zauważyć biorąc pod uwagę fakt, że powieści Krajewskiego przetłumaczono na dwadzieścia języków). „Teufel” miał być chyba czymś w rodzaju tego, ale jest jednocześnie czymś mniej i więcej niż zwykły kryminał.  Ciężko jednoznacznie sklasyfikować tę książkę. To, czy to dobrze czy nie, już pozostawiam w ocenie innym czytelnikom, ale według mnie mogło być lepiej. Co nie znaczy, że było źle.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to bardzo usilna próba zobrazowania Gdańska w roku 1939. Autorka bardzo przemyślanie zbudowała tło dla powieści i to, trzeba jej oddać, wyszło całkiem zgrabnie, niestety, jak widać, we wszystkim można przesadzić. Otóż elementów jest tak wiele, że zamiast rysować wyraziste tło zaczynają w pewnym momencie wylewać się z powieści i żyć własnym życiem. To co miało być z tyłu zaczyna w pewnym momencie wzbudzać wielką irytację, bo autorka próbując doskonale oddać miejsce w którym dzieje się fabuła sprawia, że czytelnik zwraca uwagę właśnie na to tło, a nie na wydarzenia. Z przykrością jednak stwierdzam, że nie traci zbyt wiele.

Bardzo podobało mi się to, że już od samego początku widać, iż morderstwo nie jest „przypadkowe”. To znaczy, że nie jest to kolejny trup, którego zagadkę trzeba rozwiązać. Trup owy jest wyjątkowy, bowiem autorka nagle oznajmia, iż łączy go z głównymi bohaterami powieści, i zamiast snuć domysły tylko o tym, kto zabił, domyślamy się także, przy okazji poznając bohaterów, cóż oni mają z tym u licha wspólnego. Była to bardzo miła odmiana po  tych wszystkich trupach, przy których detektyw i jego niedoceniony pomocnik mogli jedynie dociekać po cóż on tym trupem został. To w jaki sposób autorka połączyła danego trupa z bohaterami mnie się osobiście podobało. Szczegółów, rzecz jasna, nie zdradzę.

Pozytywnym zaskoczeniem był także bardzo dokładny i drobiazgowy a jednocześnie całkiem lekki styl autorki. Mamy tu interesującą zabawę słowem, gdzie ujawnia się pisarski talent autorki, połączoną z przemyślanym doborem słów jeśli chodzi o oddanie otoczenia, które w każdej innej książce pewnie by bardzo nudziło, tu jednak, gdy fabuła zwalnia, przyspiesza autorka, i nadało to bardzo ciekawego efektu zabawy formą – gdy akcja staje się mniej ważna, autorka zabawia czytelnika słowem, i na odwrót, tam, gdzie akcja się dzieje, dostajemy surową i wciągającą prostotę. To nie zawsze się udawało, aczkolwiek i tak zrobiło na mnie wrażenie.

W ogólnym rozrachunku jednak nie mogę powiedzieć, bym świetnie bawił się przy tej książce.  Zawiodły mnie przede wszystkim dosyć płaskie i papierowe kreacje bohaterów i mizerny rozwój śledztwa. Nie, żebym wynudził się jakoś straszliwie, ale książka mnie nie porwała, nie wciągnęła w swój świat i nie pozostanie w moich myślach na długo. Była przyzwoitym czytadłem, zgrabnym, ale kulejącym. Niemniej uważam, że warto dać jej szansę, gdyż podobno w kolejnych częściach książek o komisarzu Thiedtke jest już lepiej (a na razie mówi się o dwóch kolejnych). Oby, bo mam ochotę się z nimi zapoznać.

Autor: Izabela Żukowska
Tytuł: Teufel
Część: I
Wydawnictwo: Oficynka
Okładka: miękka
Stron: 295
Ocena: 4,5/10

Za książkę dziękuję portalowi sztukater.pl

niedziela, 27 lipca 2014

Roland Topor: Czarne krowy




Prawdę powiedziawszy, Topora przed przeczytaniem tej książki nie kojarzyłem niemal w ogóle, znałem jedynie to, iż był autorem książki o nazwie tak pięknej jak „Pamiętnik starego pierdoły”. Z racji tego, iż nie zapowiadało się to ani na literaturę pełną fascynujących wydarzeń ani na poważną, ambitną książkę – odpuściłem. Później jednak wpadły mi w ręce „Czarne krowy”. Jakieś było moje zdziwienie, gdy po kilkunastu przeczytanych stronach, i kilku opowiadaniach, bowiem tym jest zbiór „Czarne krowy” naszła mnie myśl: Toporze przeklęty, gdzie żeś ty chował się przede mną przez tyle lat! Tych kilka opowiadań to był dopiero początek zafascynowania, ale zachwyty przyszły zaraz potem.

Zbiorów opowiadań unikam, bo osobiście wolę mieć okazję do zżycia się z bohaterami i preferuję raczej dogłębne poznanie świata, a nie fragmentaryczne. Dotychczas tolerowałem w tej formie jedynie Poego, i nawet jeśli Topor do niego nie dorasta, nie można powiedzieć, by był zły. Opowiadania te nie są jak oddzielne historie, ale jak fragmenty myśli. Poe trzymał jakieś ramy, Topor nimi żongluje, czasem je łamie, a czasem maluje w tęczowe wzory. To niesamowite. Przyznam, spodziewałem się troszeczkę zakombinowanej książki, która będzie szydziła z rzeczywistości. I to dostałem. Ale wbrew moim przypuszczeniom – cholernie mi się spodobało.

Autor został określony jako mistrz groteski i czarnego humoru, i z zadowoleniem stwierdzam, że ani groteski, a ni humoru, ani wielu innych – czasem zabawnych, a czasem gorzkich – rzeczy tu nie zabrakło. To niebywałe, by stworzyć zbiór opowiadań, które teoretycznie są utrzymane w tym samym stylu i klimacie, a jednak nadać całemu zbiorowi swojego rodzaju kolorowość. Taką różnorodność. Jestem pod wrażeniem zwłaszcza opowiadania „Czuję się dziwny i śmieszny”, którego zakończenie rozproszyło mój mózg jak najlepsze powieści a jednocześnie sprawiło niebywałą satysfakcję. Topor gra na czytelniku  poruszając struny jak chce i kiedy chce. Chciałbym, żeby pisarze grali na mnie tak jak ten autor.

Zawiodła mnie trochę forma całego zbioru. Nawet jeśli widzimy na początku wstęp, to i tak miałem wrażenie, że teksty były sklejane trochę byle jak. Z jednej strony powodowało to u mnie w głowie trochę chaosu, bo niektóre będące obok siebie były skrajnie różne, z drugiej strony natomiast nadawało to całemu zbiorowi pewnego charakteru i sznytu, który wymagał od czytelnika większego skupienia, ale pod pewnymi względami dawał większą frajdę. Nie wiem jednak jak odnieść się do stylu Topora. Z jednej strony wydaje się być dopracowany, dokładny, treściwy, z drugiej natomiast jakby pisany na kolanie, przez chwilę i z nieuwagi. Niesamowite i fascynujące.

Jeśli ktoś szuka lekkiej zabawnej książki na wieczór Topor prawdopodobnie go zawiedzie. Owszem, jest zabawny, momentami nawet bardzo, ale często śmiech jest tylko kontrastem dla drugiego dna, jakie można zauważyć, przyglądając się. To jest całkiem lekka książka, ale na pewno pod wieloma względami wymagająca. Osobiście mogę jedynie polecić i uprzedzić, by dać mu szansę. Takiej książki jeszcze nie czytałem, a do niektórych opowiadań – jeśli nie do wszystkich – będę wracał niejednokrotnie. To niesamowita książka stworzona przez niesamowitego człowieka, którego rąbek fascynującego charakteru prześwitywał gdzieś między słowami i mam nadzieję, że w kolejnych książkach uda mi się zobaczyć go jeszcze więcej, bo to, co widziałem tu, było bardzo obiecujące!

Tytuł: Czarne krowy
Autor: Roland Topor
Część: - 
Wydawnictwo: Replika
Okładka: miękka
Stron:  172
Ocena: 7,5/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi sztukater.pl

środa, 2 lipca 2014

[premierowo] Jeff Vandermeer: Ujarzmienie



To było niesamowite doświadczenie.
Czytając tę książkę mam wrażenie, że autor poprzez ukazanie eksperymentów na bohaterach przede wszystkim stara się eksperymentować na ludziach – na czytelnikach. Powiem tak – gdyby każdy pisarz chciał na mnie eksperymentować w ten sposób, to ja nie mam żadnych zastrzeżeń i wchodzę w to w ciemno. Jakkolwiek dziwnie i perwersyjnie by to nie zabrzmiało – chciałbym, żeby autor na mnie eksperymentował w ten sposób. Bardzo żałuję, że to tylko trylogia, bo jeśli każda ma zaliczać taki progres co do części poprzedniej to przy kilku następnych moim zachwytom można byłoby przykleić metkę powieści, bo byłoby ich tak wiele, że żadna recenzja by ich nie zmieściła.

Pierwszym tomem byłem zachwycony, bo autor konsekwentnie realizował swój pomysł stworzenia tajemniczej Strefy X i stworzywszy ciekawe sylwetki bohaterów poprowadził swą dziwną acz fascynującą opowieść o tejże strefy odkrywaniu. To, co dostałem tutaj, napawało mnie jednocześnie ostrożną nieufnością i niecierpliwą ciekawością, bowiem dostaliśmy kontynuację ‘’Unicestwienia’’ z niemal zupełnie innej strony. Nie chcąc zdradzać szczegółów powiem tyle, że to niebywałe, by czytać przez tyle stron o tym, jak bohater chodzi  jedynie po budynku (!), i nie czuć przy tym ani grama nudy, przeciwnie, znajdować się w ciągłym napięciu. To mną wstrząsnęło.

Kompletne zminimalizowanie akcji, o dziwo, działa tej powieści na dobre. Czuć pewien dystans. Już przy pierwszym tomie wspominałem, że tej książki się nie czyta, a doświadcza, i tu jest to uczucie spotęgowane. Rowling wciągała czytelnika poprzez talent do opowiadania, ona przedstawia – VanderMeer robi trochę na odwrót – on ukrywa, zataja, mówi czytelnikowi, żeby spojrzał w inną stronę, i wciąga równie mocno. Ciągle ma się wrażenie, że błądzimy razem z bohaterem. Poprzez surowe i skąpe kreacje bohaterów (przez co są jeszcze bardziej fascynujące) zaczynamy sami doszukiwać się w nich ukrytych treści i oznak fałszu. Autor zaraża nas Strefą X. To cudowna choroba.

To powieść pełna powierzchowności, ale ujarzmionej – wykorzystanej. Widzimy tylko górę lodową, ale wiemy, że pod nią znajduje się o wiele więcej. Tak jak potencjalnie niedopracowani bohaterowie, których nie możemy poznać, tak jak ukryta Strefa X, o której nic nie wiemy tak i inne elementy tej powieści jak na przykład styl pisarza to przykład zawoalowanej aczkolwiek obiecującej dziwności. Tak jak i w przypadku tomu pierwszego tak i tu doskonale do treści została dobrana okładka, oraz ilustracje w środku, które, mimo iż nie tak fascynujące jak przy ‘’Unicestwieniu’’, i tak robią niemałe wrażenie. Całość wygląda jak obietnica dzikiej jazdy pośród psychodelicznych zagadek. Bardzo trafnie.

Obawiam się tomu trzeciego. Już pierwsza część mogłaby stanowić odrębną całość, druga dopełniła ją, uwypukliła jej cechy i zadała mnóstwo nowych pytań. Szczerze wątpię, by trzecia odpowiedziała na wszystkie. Mam nadzieję, że wyjdzie jak najszybciej, bo ten świat, poprzez mnogość nienormalnych ale cholernie fascynujących tajemnic wciąga i uzależnia. Dosłownie. Gdy zaczyna się czytać tę książkę poprzez zaangażowanie w odkrywanie tajemnic Strefy X czytelnik ma wrażenie, że sam uczestniczył w tych ekspedycjach, że także ktoś poddaje go eksperymentom. Gorąco polecam!

Tytuł: Ujarzmienie
Autor: Jeff VanderMeer
Część: II
Okładka: miękka
Stron: 380
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 8/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Otwarte


poniedziałek, 16 czerwca 2014

[premierowo] Dominik W. Rettinger: Klasa




Książka, ukrywając swą prawdziwą naturę za niepozorną, czarną okładką, leżała na półce. Z objętości wywnioskowałem, jak się później okazało – słusznie – iż autor solidnie przyłożył się, do tego, by zadbać, aby jego historia była solidnie rozbudowana.  Gdy tylko się do niej zbliżyłem instynktownie wyczuwałem smród prochu z pistoletów, palonej gumy z opon policyjnych aut, już słyszałem huki wystrzałów, pianie policyjnego koguta oświetlającego wszystko na niebiesko i widziałem triumfalne miny zwycięskiej strony konfliktu, zawstydzonych zdrajców, bezczelnych złoczyńców, latające wokół ukradzione pieniądze i politykę, która wrze na najwyższych szczeblach. I, jak podejrzewałem, otrzymałem to wszystko, a później jeszcze więcej.

Już po kilku stronach widać, iż to nie jest coś, od czego łatwo się oderwać. Tak jak policjant, który ściga środkiem ulicy notorycznego złodzieja, tak czytelnik leciał razem z prądem, który autor mu narzucił, i który nie pozwala tej historii opuścić. Mimo iż była to długa droga, prędkość z jaką czytelnik  wchłonięty gna przez historię obfitującą w cały ogrom smaczków była, doprawdy, niesamowita. Już dawno nie zdarzyło się, żebym wciągnął się w historię tak bardzo, przeżywał z bohaterami tyle emocji i próbował opanować drżenie rąk podczas niebezpiecznych sytuacji. Stwierdzenie, iż akcja jest z jak najlepszych amerykańskich filmów nie jest przesadzone, przeciwnie, wiele amerykańskich filmów chciałoby wciągnąć widza tak jak ta książka.

Zasadniczą wadą tej powieści są według mnie bohaterowie. Nawet nie tyle, że byli źli, bo  ich kreacje są pełne i skończone, problem w tym, że niektórzy z nich byli, najzwyczajniej w świecie, niewiarygodni. I nie, nie chodzi mi o to, że spodziewałem się po nich zdrady (choć i takich autor zdecydowanie nie poskąpił!) ale (i tu w szczególności chodzi mi o najbardziej irytującego bohatera książki, czyli Rafała) niektórzy z nich zostali wykreowani zbyt dokładnie by w nich uwierzyć. To już nie jest stworzenie bohatera ale próba nadania mu jeszcze większej realności, i to chyba nie wyszło… co nie znaczy, że ten aspekt w ogólnym rozrachunku jest zły, bo nawet jeśli polubiłem tylko kilku bohaterów (większość miałem ochotę zastrzelić samodzielnie!) to i tak zarówno ich charakter jak i dialogi, stoją na bardzo wysokim poziomie.

Elementem, który mnie zawiódł, ale którego nie skreślam w nadziei, iż powstanie tom drugi, była tytułowa klasa.  Czymże owa klasa jest (a raczej: jakie ona ma znaczenie w całej historii) dowiadujemy się dopiero pod koniec, i jest to z jednej strony dobrze, bo to w końcu jedna z tych zagadek tej książki, z drugiej jednak jest to element warty trochę większej uwagi, i bardzo żałuję, że autor nie poświęcił temu więcej miejsca. Uprzedzam, iż nie jest to w literaturze sensacyjnej nic nowatorskiego, co ani an chwilę nie przeszkadzało mi cieszyć (ewentualnie: smucić się lub złościć się) wraz z bohaterami, gdy owo zakończenie ujrzało światło dzienne. Ma to naprawdę spory potencjał i mam nadzieję, że uda mi się spotkać z bohaterami klasy jeszcze raz…

Prawdę powiedziawszy, spodziewałem się po tej powieści czegoś w stylu spolszczonego Cobena, jednak dostałem o wiele więcej. ‘’Klasa’’ to na pewno powieść odrobinę cięższa od najpopularniejszych książek ostatnich lat tego gatunku, głównie z uwagi na całkiem spore, choć doskonale skonstruowane, zawiązanie akcji oraz całe mrowie bohaterów, którzy przewijają się w krótkich odstępach. Podchodziłem do niej nieufnie, ale już po kilku akapitach widać, iż niesłuszna była moja nieufność. Naprawdę porywająca powieść, cóż więcej mogę powiedzieć. Polecam wszystkim, którzy liczą na inteligentną rozrywkę i ostrą jazdę bez trzymanki.

Tytuł: Klasa
Autor: Dominik W. Rettinger
Okładka: miękka
Stron: 600
Część: -
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 8/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Otwarte



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...